Miejscowy milioner Gatsby (Leonardo DiCaprio) po 5 latach spotyka swoją dawną miłość Daisy (Carey Mulligan). Mężczyznę i kobietę łączył kiedyś romans, jednak ich drogi rozeszły się z powodu różnić klasowych. Gatsby wyjechał w poszukiwaniu bogactwa, a Daisy nie czekając na niego, wyszła za mąż za majętnego Toma. Po latach dochodzi między nimi do spotkania. Dawni kochankowie próbują na nowo wzbudzić uczucia do siebie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmowo. Pokaż wszystkie posty
sobota, 19 października 2013
W świecie Wielkiego Gatsby'ego
niedziela, 15 września 2013
Ostatnio obejrzane #1
Jestem leniem śmierdzącym i nie chce mi się skrobać pojedynczych tekstów o filmach, które niedawno widziałam. W sumie nie chce mi się pisać o niczym. To jest smutne. Może dwa planowane na najbliższy czas wyjazdy przyniosą trochę natchnienia i inspiracji...
sobota, 24 sierpnia 2013
Miasto Kości, czyli o tym jak można zrobić dobry film dla nastolatek
Być może pamiętacie moje zachwyty nad filmowym Intruzem. Teraz pomnóżcie to razy trzy. Wyjdzie Wam autorka Ziemniaczarni rozemocjonowana tak, że nie może spać. Nie cieszyłam się zbytnio na Miasto Kości. Znajome podsyłały mi zdjęcia z planu, różne informacje o obsadzie i takie tam, a ja to szczerze pisząc miałam w nosie. Nawet zaczynałam powątpiewać, czy do kina pójdę. W tym momencie należy bić brawo mojej zacnej soulmate, dzięki której zaczęłam się cieszyć na MK i razem wylądowałyśmy na seansie.
czwartek, 11 lipca 2013
Absolwent, Mike Nichols (1967)
Absolwent college'u, Benjamin Braddock (Dustin Hoffman), nie ma pomysłu na dalsze życie. Jego wkroczenie w dorosłość doskonale wykorzystuje jego sąsiadka, pani Robinson (Anne Bancroft). Romans ze starszą kobietą nie jest dla Bena szczytem marzeń i w dalszym ciągu poszukuje swojej drogi życia. Zbiegiem okoliczności zakochuje się w córce Robinsonów, Elaine (Katharine Ross), a taki obrót sprawy jest całkowicie nie na rękę jej matce.
Dawno nie byłam tak zachwycona
filmem. Wczoraj rano wyszłam z kina po Iluzji
z wielkim uśmiechem radości i zadowolenia na twarzy, aczkolwiek nie sądziłam,
że ten wyszczerz przetrwa CAŁY DZIEŃ, a nawet jeszcze dłużej, a to za sprawą
niesamowitej kreacji młodego Dustina Hoffmana wrzuconego w wir
miłosno-romansowy, okraszony świetną i niezapomnianą muzyką duetu Simon &
Garnfunkel.
piątek, 7 czerwca 2013
360. Połączeni, Fernando Meirelles [2011]

Podobnie jak dzieło Stanleya Kubricka, 360. Połączeni to nowoczesna i stylowa panorama związków międzyludzkich, które składają się na wyrazisty, pełen napięcia i autentycznych wzruszeń (jaaasne!) obraz miłości w XXI wieku. Decyzja przystojnego biznesmena, który zdoła oprzeć się pokusie i pozostanie wierny swojej żonie, wywołuje nieoczekiwaną serię zdarzeń, mającą miejsce w tak odległych od siebie zakątkach świata, jak Wiedeń, Paryż, Londyn, Bratysława, Rio i Denver. Każdy z bohaterów przeżywa chwile miłosnych uniesień i dotkliwych dramatów, które równoważy zadziwiająca dawka ironii losu i humoru sytuacyjnego (ironia losu była, humoru jakoś nie dostrzegłam).
sobota, 20 kwietnia 2013
Intruz, Andrew Niccol (2013)
To,
że czytałam książkową wersję Intruza dawno
temu, bardzo mi pomogło. Pamiętam, że byłam zachwycona i nie dowierzałam, że coś
tak dobrego wyszło spod palców Stephanie Meyer. Na ekranizację poszłam, choć
przez moment wątpiłam, czy jest sens, ale teraz nie żałuję tej decyzji. Mogłam potraktować
film jako odrębny twór. Wreszcie. I przez te dwie godziny po mojej głowie nie
kołatały się myśli pełne przekleństw w stosunku do tych, którzy zmieniali
niektóre wydarzenia. Dzięki temu mogłam rozkoszować się pięknem obrazu i muzyki
bez zbędnych jęków.
Tak,
wyszłam z projekcji z otwartymi ustami. Tak, prawie przez cały seans miałam
oczy jak spodki. Tak, już na samym początku, kiedy zobaczyłam prawdziwy wygląd
Wagabundy, a w tle leciał świetny utwór, łzy ruszyły podbijać moje policzki. Tak,
nie do końca mogę zrozumieć falę krytyki wylewającą się z klawiatur i ust. Intruz jako film radzi sobie świetnie.
piątek, 22 marca 2013
Zakochani w Rzymie, Woody Allen (2012)
Znany architekt John (Alec Baldwin) spędza wakacje w Rzymie, w którym mieszkał przez pewien czas w młodości. Spacerując po swojej dawnej okolicy spotyka Jacka (Jesse Eisenberg), młodego mężczyznę, który przypomina mu jego samego z przeszłości. Jack zakochuje się po uszy w Monice (Ellen Page), olśniewająco pięknej i zalotnej przyjaciółce jego dziewczyny Sally (Greta Gerwig) i przeżywa jeden z najbardziej romantycznych epizodów w swoim życiu.
Obejrzałeś
jeden film Woody’ego Allen’a. Nie spodobał Ci się? To wara od reszty. Spodobał
Ci się? Możesz teraz spokojnie przeczytać poniższy tekst. A potem zaspokoić
swoją własną ciekawość, czy moje zdanie ma jakiekolwiek racjonalne uzasadnienie
na ekranie. Nigdy nie oglądałeś niczego wyreżyserowanego przez Woody’ego? A
masz wysoki zakres tolerancji? Masz? Dobrze. To zacznij od O północy w Paryżu. Albo Vicky
Christina Barcelona. Ale na pewno nie od Zakochanych w Rzymie.
W
tym momencie pojawia się pierwsze pytanie do mnie: dlaczego?! A odpowiedzią nie
będzie: nie wiem, ciężko powiedzieć. Cały problem z tym filmem polega na tym,
że jest pogmatwany w niezdrowy sposób. W niektórych scenach mój umysł pragnął,
aby ktoś ku jego pamięci treny tworzył. Patrzyłyśmy się wtedy z współoglądającą
na siebie, a na naszych twarzach widniał jakże wymowny wyraz zdziwienia. Dotąd
nie wiem, co to było. A jeżeli ktoś jest tak miły i rozumiał obecność Alec’a
Baldwina, to czy mógłby oświetlić mi tą całą sytuację?
W tym samym czasie emerytowany reżyser operowy Jerry (Woody Allen) przybywa do Rzymu wraz ze swoją żoną Phyllis (Judy Davis), by poznać Michelangelo (Flavio Parenti), włoskiego narzeczonego ich córki Hayley (Alison Pill). Ku swojemu zdumieniu Jerry odkrywa, że ojciec Michelangelo, przedsiębiorca pogrzebowy Giancarlo (w tej roli sławny tenor Fabio Armiliato) śpiewa pod prysznicem arie godne występów w La Scali. Jerry jest przekonany, że talent tej klasy koniecznie trzeba przedstawić światu, a jednocześnie w promowaniu Giancarlo widzi szansę na swój własny powrót do gry.
Oprócz
wyżej wymienionego zgrzytu takowych większych już nie było. Co mnie zaskoczyło?
To, że w dobry sposób została pokazana ulotność zauroczenia, takiego typowo
młodzieńczego. Patrzeć na to z własnej perspektywy to jedno (wtedy czuje się
tak, jakby to było uczucie na wieki), a z siedzenia widza to drugie. Na kanapie
człowiek dostrzega, że to naprawdę jest głupie i piękne zarazem, te błędy
młodości. Ale nie zniechęcajcie się Ci, którym oglądanie na ekranie młodych
zakochanych się przejadło. Mamy także dość ciekawy wątek zwykłego człowieka z
żoną i dziećmi (dwójką dzieci, żeby być dokładną), który nagle, ni z tego ni z
owego, staje się sławny. Zapraszany jest do telewizji, wszyscy chcą wiedzieć,
co wchodziło w skład jego śniadania…
Leopoldo Pisanello (Roberto Benigni) to wyjątkowo nudny facet, który budzi się pewnego ranka i uświadamia sobie, że stał się jednym z najbardziej znanych i pożądanych ludzi we Włoszech. Wkrótce paparazzi śledzą każdy jego ruch, a media codziennie snują spekulacje na temat jego życia. Leopoldo zaczyna doświadczać różnych pokus, które niesie za sobą życie w świetle jupiterów i stopniowo odkrywa jaki jest koszt sławy.
W
tle bohaterom towarzyszy Rzym. Jako miasto magiczne, nie tylko nastawione na
turystów. Klimatyczne uliczki, różnorodne niesamowite cuda architektoniczne,
nic tylko pojechać tam i spędzać czas po prostu plącząc się po różnych
zakątkach. Tak, wiem, to film. Tak, wiem, Rzym pewnie nie wygląda tak
fantastycznie. Ale co z tego, i tak bym pojechała.
Co
do obsady… Jesse Eisenberg'a widzę w filmie dopiero po raz drugi, a warto
dodać, że jego rola w The Social Network
była naprawdę dobra. Teraz pokazał się trochę z innej strony, jako wrażliwy
chłopak, ale nie zabrało mu to ani drobinki uroku, ba, nawet pewnie rozkochał w
sobie parę nastoletnich serc. Ellen Page znam z Juno i Incepcji i
przyglądanie jej się jako aktorce jest ciekawym zajęciem. Lubię, jak gra. Jest
to takie przyjemne dla oka. I ma ciekawą mimikę. Taką charakterystyczną. A o
reszcie aktorów nie wspominam nie dlatego, że nie podobała się mnie ich gra. E
tam, po prostu jest ich zbyt wiele, by o wszystkich wspomnieć.
Tymczasem Antonio (Alessandro Tiberi) przyjeżdża do Rzymu, by przedstawić pruderyjnym krewnym swoją świeżo poślubioną żonę Milly (Alessandra Mastronardi), co ma mu pomóc w pozyskaniu intratnej pracy. Na skutek splotu przypadków i komicznych sytuacji, Antonio i Milly mijają się przez cały dzień. Ostatecznie Antonio przedstawia krewnym jako swoją żonę zupełnie obcą mu osobę (Penélope Cruz), a Milly jest adorowana przez legendarną gwiazdę kina Lucę Salta (Antonio Albanese).
Spójrzcie
na opis filmu. Dużo wątków, nieprawdaż? Można się pogubić. Można. Ale wszystkie
ogląda się ze swoistą ciekawością. Oczywiście jak każdy widz miałam swoje
ulubione, lecz nie znaczy to, że w trakcie innych ogarniała mnie nuda. Pod
względem fabularnym film jest w miarę dobrze stworzony, może troszkę
przekombinowany, ale jednak jest dobry na wieczór, kiedy chcemy się odprężyć w
towarzystwie bądź samotności. I na pewno nie należy się po nim zrażać do
reżysera – w tym wypadku treść przerosła formę i dlatego nie wyszło. Ogółem
oceniam film na 3+ przez wszechobecny chaos. A z plusów: parę niezłych scen z
komizmem sytuacyjnym, ciekawi bohaterowie i Rzym w tle! Rzymu nigdy za dużo!
To Rome with Love
1 h 52 min
niedziela, 17 marca 2013
Najbardziej wyczekiwane premiery filmowe 2013 roku [TOP 10]
Nie ma to jak mieć zastój czytelniczy. Tak męczyłam Kareninę, że aż sama się zmachałam i odpaliłam Grę Endera. Może z tym mi pójdzie lepiej. A dzieje się tak przez moich znajomych z Gry o Tron. Na horyzoncie dostrzegam już koniec sezonu drugiego, natenczas będę potrzebowała sobie znaleźć jakiś inny dobry serialik. Najlepiej niemłodzieżowy. Polecicie mi coś?
Top 10 to akcja, przy okazji której raz w tygodniu na blogu pojawiają się różnego rodzaju rankingi, dzięki którym czytelnicy mogą poznać bliżej blogera, jego zainteresowania i gusta. Jeżeli chcesz dołączyć do akcji - w każdy piątek wypatruj nowego tematu na dany tydzień.Dziś przyszła pora na... Dziesięć najbardziej wyczekiwanych premier filmowych 2013 roku!
Pominę parę filmów, które już wyszły...
Przyznam, że kiedy po raz pierwszy zobaczyłam ten trailer, coś we mnie pękło. Zobaczyłam zapowiedź czegoś, co może wreszcie spełnić moje marzenia o genialnej animacji, która porwie moje serce od samego początku. Trailer porwał. Ten pierwszy tak samo mocno jak i ten drugi. Oglądałam je już niezliczoną ilość razy i z każdym dniem coraz bardziej nie mogę doczekać się premiery filmu. Polecam Wam także świetną piosenkę Snow Patrol - The Lighting Strike. Chyba już zawsze będzie kojarzyć mi się z EPIC.
Właśnie powinnam na to pójść. Ale jakoś tak, w jeża kolczastego, nie mogę się wybrać. Może w przyszły weekend się uda. Aczkolwiek na pewno nie pójdę na dubbing, bo zapowiada się okropnie. Tylko napisy.
Tego chyba nawet nie trzeba tłumaczyć. Ja i moja miłość do Tony'ego Starka, prawie najlepszego z bohaterów komiksowych (oprócz Batmana w wykonaniu Christopher'a Bale'a i V. Hugo Weavinga). W the Avengers nieco mnie irytował, ale mam nadzieję, że teraz wyjdzie na prostą.
Ponownie, miłość zaczęła się właśnie od trailera, który jest arcygenialny. Dodatkowo, ostatnio pokochałam DiCaprio, więc w podskokach wybiorę się na ten film.
Czytałam najlepszą książkę Stephanie Meyer i przyznam, że jest boska. Dlatego właśnie już jestem umówiona na premierę! Nie mam zbyt wygórowanych wymagań co do ekranizacji i wątpię, by była najlepszym filmem tego roku, ale sądzę, że czas spędzony w kinie nie będzie stracony. O, i nawet ciekawa nutka występuje w trailerze: Imagine Dragons - Radioactive
Ponownie, jak z Iron Man 3, moje uczucie do Wolverine'a nigdy nie zardzewieje... Tak samo jak do drużyny X-men'ów.
Johnny'ego Deppa nigdy za dużo. Mój komentarz powinien wystarczyć :)
czwartek, 14 lutego 2013
Poradnik Pozytywnego Myślenia (2012), reż. David O. Russell [filmowo]
Były nauczyciel, Pat Solitano (Bradley Cooper), znalazł się na życiowym zakręcie. Po tym, jak stracił pracę, dom, oraz żonę, ostatnie osiem miesięcy spędził w szpitalu psychiatrycznym. Po zwolnieniu ze szpitala w wyjściu na prostą pomagają mu rodzice - Patrick senior i Dolores (Robert De Niro i Jacki Weaver). Pat jest zdeterminowany, by po okresie separacji odbudować relacje z żoną i wrócić do niej. Wszystko jednak komplikuje się na nowo, kiedy spotyka on na swojej drodze tajemniczą i samotną nieznajomą, Tiffany (Jennifer Lawrence).
Na
film wybrałam się z dwóch głównych powodów – bo Nyx wychwalała, a ja właśnie
mam ferie, więc… Do tego dochodzi trailer, który bardzo mnie zachęcił; a także
moja potrzeba obejrzenia jakiegoś cięższego komediodramatu romantycznego. I
jeszcze jak zobaczyłam, ile to nominacji do Oscara ma… To zarezerwowałam bilety
w gigantycznej sali w Cinema City (jak do niej weszłam, to mi oczy na wierzch
wyszły, bo taka wielka, zapomniałam, jakie to uczucie siedzieć w tym ostatnim
rzędzie i patrzeć na ekran z góry).
Czego
się spodziewałam? Dobrej historii. Masy śmiechu. Trochę wzruszeń. Być może
skupienia się na tańcu. Dużo ciekawych gagów. Dobrą historię dostałam, ale
trailer nie oddaje całości Poradnika Pozytywnego
Myślenia. Daje nam mały zarys tego, co będzie nas w kinie czekać. Nie
możemy przewidzieć złożoności fabuły, bohaterów, akcji! Nie możemy przewidzieć,
że to będzie niezwykły obraz, że to będzie aż tak nieprzewidywalne i aż tak
oryginalne. Pat i Tiffany to fantastycznie wykreowane postacie, które z przyjemnością
ogląda się na ekranie, analizuje ich zachowania, motywy. Szczegółowe zbliżenia
kamer ułatwiają nam to zadanie, pozwalają się skupić na emocjach bohaterów a
nie na otoczeniu, które jest tylko tłem, niczym ważnym. Tak, ten film głównie
opowiada o emocjach, więc nie jest ultra dynamiczny, choć zakładam, że ciężko
jest na nim zasnąć.
Nie
zabrakło moich wzruszeń, śmiechów i prychania – to ostatnie można było zaobserwować
w trakcie wszystkich scen dotyczących zakładów (prychanie było oznaką aprobaty
co do ukazania istoty i następstw takowych zakładów). Co więcej, genialnie
zostały przedstawione osobowości rodziny i znajomych naszego głównego bohatera –
jego ojciec, grany przez Roberta De Niro (wyszło mu świetnie!) ma nerwicę
natręctw, a jego matka wiedzie ciężkie życie – musi zmagać się z dość
problematycznymi mężem i synem (przykładem może być już popularna scena z
latającym Hemingway’em, bądź przestawianie pilotów).
Nie
było sztampowo, nie było szablonowo, było inaczej. Głównie przez to, że i
postać grana przez Jennifer Lawrence i ta grana przez Bradley’a Cooper’a miała
ciemną i niezbyt nadającą się do chwalenia przeszłość . Mieli swoje problemy,
sekrety, własne demony, ale starali się na swój sposób z nimi walczyć i przypadek
sprawił, że sobie pomogli. Co byśmy zrobili bez tych zbiegów okoliczności,
które łączą bądź dzielą ludzi?
Excelsior! Szukajmy światełka w tunelu! –
te słowa doskonale oddają treść filmu. Lecz widz nie będzie na siłę przekonywany,
że trzeba być optymistą, że trzeba cieszyć się z drobnostek. Ta wiedza
przychodzi po seansie, gdy umysł rozpoczyna powolne przetrawianie wszelkich
elementów i szczegółów. Ale tak, zgadzam się, szukajmy światełka w tunelu!
Nasza egzystencja będzie niezaprzeczalnie prostsza i przyjemniejsza, bo życie
jest krótkie, więc lepiej spędzać je uśmiechniętym. Na przykład uśmiechając się
podczas odtwarzania Poradnika Pozytywnego Myślenia.
I
takim oto optymistycznym akcentem urozmaicam trochę treść bloga, bo niedługo
zrobi się smutniej – w planach mam napisanie czegoś o Nędznikach, Lincolnie i Django. A Silver Linings Playbook zasługuje według mnie na mocną 5! Nie
jestem pewna, czy Jennifer Lawrence dostanie tego Oscara – aż tak zachwycona
jej rolą nie byłam, ale jak jednak dostanie, to cieszyć się będę. I naprawdę polecam
Wam ten film – jest świetny! Miły dla oczu, uszu i umysłu, poprawia humor, choć
zmusza do myślenia, pozwala nam się odprężyć, choć nie jest to typowa strata
czasu. I dialogi rozbawiają, o tak, bo i Pat i Tiffany są prostolinijni i
szczerzy, nie panują nad swoimi językami, więc w trakcie ich spotkań wynika
wiele komicznych sytuacji.
piątek, 4 stycznia 2013
Zakochana złośnica (1999), reż. Gil Junger [filmowo]
Akcja toczy się w prowincjonalnym mieście, wśród uczniów szkoły średniej. Rozwiedziony ojciec narzuca swym dwóm nastoletnim córkom surowe reguły. W myśl jednej z nich młodsza córka może rozglądać się za chłopakiem dopiero wtedy, gdy jej starsza siostra pozna swojego. Problem w tym, że o ile młodsza z sióstr jest pełna uroku i cieszy się popularnością wśród rówieśników, o tyle starsza uchodzi powszechnie za niepospolitą złośnicę. Dwaj uczniowie knują intrygę, by pozyskać ich względy.
Jak
nadeszła faza fantastyczna, o której wspominałam tu, tak odeszła po obejrzeniu Władcy Pierścieni i Hobbita. I teraz przyszła inna faza, taka bardziej romantyczna, na
ładne historie miłosne plus życie nastolatków dookoła świata. To już kiedyś było,
jakoś w wakacje, a teraz faza ta przypomniała sobie o mnie nie tyle, co przez Pretty Little Liars (kończę pierwszy
sezon!), a przez Zakochaną Złośnicę,
bardziej nowoczesną wersję Shakespeare’owskiego Poskromienia Złośnicy.
Koniec
lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku, dziewczyna z grymasem na twarzy,
której postać jest niezwykła. Kat to zawzięta feministka, nie bojąca się
uderzyć kogoś słowem lub inną rzeczą, która śmiało wygłasza własne poglądy i
interesuje się światem i literaturą. I muzyką indie rock – trochę taka
dzisiejsza młoda gniewna, lecz widać, że nie buntuje się tak powierzchownie,
jak to niektórzy mają w zwyczaju. Nawet zastanawiałabym się, czy to aby na
pewno jest taki typowy bunt bunt, czy może ona po prostu urodziła się w świecie
dla siebie nieodpowiednim, gdzie dziewczęta to puste istoty piszczące na widok
chłopaka, które cały czas wolny poświęcają na babskie rozmowy typu: moda, chłopaki, moda, chłopaki, moda, omg,
jaka ta moja siostra jest okropna. I to właśnie od Kat zależy, czy jej
siostra będzie mogła się umawiać. Sprawa nie jest tak prosta, na jaką wygląda,
ale wątek Kat i Patricka to jeden z ładniejszych romansów filmowych. Dwoje
ludzi połączonych przez intrygę, dwoje ludzi innych, dwoje ludzi odchodzących
od norm wyznaczanych przez społeczeństwo. Dodatkowo pojawia się problem
nadgorliwego rodzica (w tym wypadku ojca Kat i Bianki), który po odejściu żony
nie radzi sobie za dobrze z wychowywaniem córek, tworzy absurdalne zasady, by
je chronić (córki, nie zasady).
Chwalimy
Julię Stiles za rolę Kat, jej mina wiecznie niezadowolonej to mistrzostwo!
Dalej chwalimy Heatha Ledgera, którego pokochałam za oscarową rolę Jokera, lecz
teraz pokazał się trochę z innej strony, bardziej subtelnie, a nie jak
psychopata. Cały czas wraca do mnie smutek z powodu jego śmierci, bo nikt nie
zaprzeczy, że on nie miał talentu. Postać Patricka Verony, w którą się wcielił,
jest uwielbiana przez nastolatki na całym świecie, może przez to, że pod maską
niebezpiecznego ucznia skrywał osobę delikatną? Dziewczyny lubią złych chłopców
i emo – uświadomiłam sobie to po obejrzeniu najlepszej parodii anime Naruto – Naruto Abridged i w tym wypadku doskonale się to sprawdza.
Wnioski
po filmie – więcej Heatha Ledgera; dajcie mi własnego Heatha Ledgera + Stany
Zjednoczone to dziwny kraj. Przejaskrawiony podział uczniów doskonale to
pokazuje, są pięknisie, są kujony, są kowboje i Ci, co udają rasta (te dwie ostatnie
grupy mnie rozbawiły). Podział na kasty, liczy się ile kto ma kasy, jak jest
popularny, a z zasady im bardziej popularny, tym bardziej próżny. Ci mniej
ważni z boku przyglądają się popularnym, chcąc być takimi samymi. Kat wyłamuje
się z tego schematu, Patrick też, ale Bianca, siostra Kat, tkwi w samym środku.
O, zapomniałam wspomnieć o młodym Josephie Gordon-Levicie, w Incepcji grał świetnie, ale jako
nastolatka też się przyjemnie go ogląda (on i jego filmowe pomysły były sooo
kawaii!)
To
sum up, jestem zachwycona! I potrzebuję więcej takich pociesznych filmów, które
z miejsca poprawiają humor i sprawiają, że w czasie oglądania człowiek się
szczerzy do ekranu, tak jakoś bez powodu. Ścierają się w nim kompletne
przeciwieństwa, niektóre sytuacje są przerysowane, ale doskonale dopełniają
akcję. Stawiam 5 i zachęcam wszystkich, którzy pragną ciepłej historii na
wieczór, przy której mogą płakać i się śmiać, a nie będzie to kompletny
zapychacz czasu, bo i wynieść coś można z niego. O, i można cofnąć się trochę w
czasie (trochę – o minimum dziesięć lat) i powspominać, jak się wtedy żyło, co
było na topie. Właśnie! Muzyka była genialna! A żeby podsumować film
w jednym zdaniu – świetna historia o amerykańskich nastolatkach okraszona dużą
dawką humoru i nastroju z końca dwudziestego wieku. Chcę więcej-!
czwartek, 29 listopada 2012
Szepty [2011], reż. Nick Murphy
Internatem dla chłopców z najbogatszych sfer w Rockford wstrząsa tajemnicza śmierć jednego z nich. Wszelkie racjonalne próby wyjaśnienia tej tragedii zawodzą. Do szkoły zostaje wezwana Florence Cathcart, która zajmuje się demaskowaniem fałszywych spirytystów. Testy, które zacznie przeprowadzać, wymkną jej się spod kontroli. To, co zdarzy się później, sprawi że dziewczyna (kobieta chyba…) nie będzie mogła już tego miejsca odejść… (ach ten tajemniczy opis)
O
filmie Inni z roku 2001 można
rozprawiać ciągle. Zaskakujący, nieco przerażający, zasiewający strach i
niepokój w sercu. Wykorzystuje motyw znanym wielu. Duchy. I nieprzewidywalne
zakończenie. Podobne było już w wielu filmach, ale dopiero tamto wywarło na
mnie ogromne wrażenie. Takie, że jak już skończyłam projekcję, nie mogłam
otworzyć ust i konstruktywnie skomentować, bo powtarzałam jedynie, że było
fantastycznie. Zabrakło mi słów. A Szepty
po raz pierwszy obejrzałam w wakacje. Zapowiadało się nieźle, miało przypominać
Innych. Obejrzałam wtedy ten film,
nawet przypadł mi do gustu. Minęło parę miesięcy, a ja dostałam szansę, aby
obejrzeć znowu. To obejrzałam. I co zadziwiające, za drugim razem bardziej
przeżywałam. I za drugim razem oglądało się lepiej. I film mnie zachwycił…
Pomimo
jakiś tam drobnych usterek. Bo takie usterki zauważy wprawne oko osoby, która
na krytyce filmów się zna. Ale mnie, człowiekowi z ,,plebsu” bardzo się
podobało. Od czasu do czasu się zastanawiałam co się dzieje, dlaczego się
dzieje, jednakże w przypadku większości obrazów tak mam. Zafascynował mnie
nastrój. Lokacje są wprost przepiękne i zapierające dech w piersiach. Doskonale
dopasowane do fabuły dopełniają historię, a także przyciągają wzrok i uwagę
widza. Skupiają ją na sobie, ale nie tak mocno, by kompletnie wyłączyć się z
tego, co się dzieje w trakcie filmu.
Co
więcej, brytyjscy aktorzy! I brytyjski akcent! I Londyn w pierwszej połowie XX
w! Cudo! Realizm na poziomie, nie wyskakuje jakiś aktor w trampkach na
przykład, czy w jakimś innym stroju kompletnie nie pasującym do epoki. W
przypadku Szeptów włożono dużo pracy
w jak najlepsze dostosowanie scenografii, urzeczywistnienie jej. Tylko znawca,
lub osoba bardzo obyta mogłaby zgłaszać jakieś uwagi, bo zwykły człowiek, nie
interesujący się okresem przed/międzywojennym nie będzie w stanie stwierdzić,
że ktoś się pomylił, nieznacznie, ale pomylił w przypadku jakiegoś szczegółu.
I
teraz najważniejszy punkt… Nie oczekujcie latających mózgów, krwi spływającej
po ścianie, części ciała rozrzuconych po podłodze. Szepty to, po pierwsze, horror psychologiczny. A po drugie, to nie
duchy grają główną rolę. Mają one na celu bardziej sugestywne pokazanie istoty
samotności, która powoli wyjada od środka. Bo jej korzeń najczęściej znajduje
się w umyśle, a nie gdzieś na zewnątrz. Duchy pomagają widzowi zrozumieć główną
problematykę. I sprawiają, że nie jest ona wyłożona od tak sobie. ,,O, jej, Szepty, kolejne badziewie coś o duchach”.
Nie. Nie kolejne BADZIEWNE coś. To DOBRE coś. A duchy to drugoplanówka,
pamiętajcie o tym, jeśli będziecie zapoznawać się z filmem.
Zakończenie
to czysty troll. W tym momencie powinien lecieć podkład muzyczny w postaci Pana Trololo. Interpretacja ostatnich
minut filmu to rzecz indywidualna, każdy widzi to jak chce. Oglądałam ze
znajomą i każda z nas miała inny pogląd na sprawę. Nieczęstym jest takie
zakończenie, nieprawdaż? Takie… niejednoznaczne. I mam ochotę obejrzeć jeszcze
raz. Tak jakoś… po głowie mi to chodzi. Odczuwam taką wewnętrzną potrzebę, może
przez ciekawe pokazanie demonów umysłu. A może przez to, że w nieokreślony
sposób historia ta jest mi bliska. I mnie poruszyła. I polecam. I zachęcam. I 4+.
I nadużywam rozpoczęcia zdania od i. sobota, 15 września 2012
Sponsoring (2011), reż. Małgorzata Szumowska
Anna (Juliette Binoche), dziennikarka luksusowego magazynu dla kobiet, przygotowuje artykuł na temat sponsoringu. W trakcie pracy nad materiałem poznaje dwie call girls - Charlotte (Anais Demoustier) i Alicję (Joanna Kulig). Dziewczyny wprowadzają ją w świat płatnej miłości, ku zaskoczeniu Anny - wyjątkowo pociągający i odkrywający przed nią oblicze jej własnego związku. Seks, pieniądze, mężczyźni i miłość już nigdy nie będą dla niej tym samym...
Filmy
psychologiczne polubiłam niedawno. Tak na poważnie zaczęłam się nimi
interesować, gdyż wcześniej często takowe oglądałam nawet nie będąc świadomą,
iż to były właśnie takie produkcje. Widziałam Requiem dla Snu (uwielbiam!), Galerianki,
Salę Samobójców, Czarnego Łabędzia, teraz przyszła kolej na Sponsoring. I jak było? Dziwnie było.
Tak
szczerze pisząc, spodziewałam się, że to będzie tematyka ciężka. Wątek
luksusowych prostytutek to przecież nie jest bułka z masłem. Do tego w myślach
mogłam porównywać film Szumowskiej do Galerianek,
które okazały się kompletnym niewypałem. Miałam nadzieję, że Sponsoring będzie o wiele lepszy pod
względem technicznym, niż Galerianki.
W tym aspekcie zawieść się, nie zawiodłam, ale linia fabularna… To mnie nieco
załamało.
Film
trwa dokładnie 96 minut. 96 minut - można się męczyć. 96 minut - można siedzieć
zaciekawionym. 96 minut - można robić coś innego. 96 minut – można spać. A Wy
którą z tych opcji wybierzecie? Ja jednak siedziałam zaciekawiona, choć co
jakiś czas łapałam za pada i przewijałam sceny (pod tym względem film nie dla
młodszych odbiorców – tak by stwierdzili odpowiedzialni). Ustrzega przed
niebezpieczeństwami kryjącymi się z prostytucji (nie, że niby Galerianki nie ostrzegają… Ale po prostu
oba filmy są adresowane do innych grup społecznych).
Dodatkowo,
w trakcie seansu, jako że fabuła nieco mnie nudziła, postanowiłam skupić się na
szczegółach. A tu niedomykana lodówka, a tu dziwna atmosfera. Wydaje się, że
nic nie znaczą, a tak naprawdę o bohaterach mówią bardzo wiele. Niedomykana
lodówka – frustracja, napięcie, niecierpliwość ukrywane pod maską zwyczajnej
kobiety i matki. Bohaterki reportażu Anne prezentowały swoją historię mniej
więcej schematycznie – najpierw urywek z życia Anne, urywek z rozmowy z
Charlotte lub Alicją, scena prostytucji, i od nowa. Dosłownie można tak to
nazwać, jest w tym przewidywalność, ale akurat tego nie dało się inaczej
pokazać.
Ponarzekać
trochę chcę, gdyż spodziewałam się jakiegoś napięcia, że coś się będzie działo,
a te 96 minut to sama monotonia. To chyba film nieco nie dla mnie, mam niemałe
wrażenie, że wielu rzeczy nie dostrzegłam, nie zrozumiałam. Do tego trzeba się
przyłożyć, skupić, bo wiele rzeczy ukrytych było właśnie w scenach erotycznych,
które przewijałam (połowę Gry o Tron
też przewijałam.. xD). Nie raz za mocno nacisnęłam przycisk, potem nie chciało
mi się cofać, tak więc sądzę, że być może za parę dni film obejrzę po raz
kolejny, żeby dokładniej temat zanalizować.
Podobała mi się gra aktorska - film wymagający, tak więc odtwórcy głównych ról powinni umieć wczuć się w postać, umieć wyobrazić sobie jej ciężki los. I trzem głównym aktorkom jak najbardziej się to udało. Widać było ukryte cierpienie, smutek, niezadowolenie, które często przysłaniała maska. Takie coś się chwiali, a obraz dowodzi, że Juliette Binoche jest doskonałą aktorką i w każdym calu zasłużyła na przyznanego jej kiedyś Oscara, a Joanna Kulig odpowiednio do roli została dobrana i udźwignęła jej ciężar.
Podobała mi się gra aktorska - film wymagający, tak więc odtwórcy głównych ról powinni umieć wczuć się w postać, umieć wyobrazić sobie jej ciężki los. I trzem głównym aktorkom jak najbardziej się to udało. Widać było ukryte cierpienie, smutek, niezadowolenie, które często przysłaniała maska. Takie coś się chwiali, a obraz dowodzi, że Juliette Binoche jest doskonałą aktorką i w każdym calu zasłużyła na przyznanego jej kiedyś Oscara, a Joanna Kulig odpowiednio do roli została dobrana i udźwignęła jej ciężar.
Tak
na koniec – jestem zaskoczona rozwiązaniem akcji. Nie spodziewałam się czegoś takiego,
w sumie… Nie wykroczyło z rytmu całego obrazu. Sponsoring to film nie tylko o tytułowej luksusowej prostytucji,
to też rzecz o tolerancji, wzajemnej akceptacji, zaufaniu, biedzie i problemach
w związkach. Oceny nie wystawię, bo nie
za bardzo wiem jaka miała to by być. Nie kłębi się we mnie masa różnorodnych
odczuć, króluje raczej obojętność. W sumie jestem zadowolona, ze zdecydowałam
się na zapoznanie się z filmem. To jakaś odskocznia od amerykańskich nawalanek
z Sylvestrem Stalą w roli głównej.
Za
film bardzo serdecznie dziękuję Pani Agacie z merlina!
PS: Właśnie teraz spojrzałam na filmweb, że to dramat społeczny.. Hem...
Sponsoring, 2011
Reż. Małgorzata Szumowska
Wyst. Juliette Binoche, Joanna Kulig, Krystyna Janda, Anais Demoustier
Czas: 96 min
Kino Świat
Subskrybuj:
Posty (Atom)









.jpg)





_zajawka_duze.jpg)
_zajawka_duze.jpg)


