poniedziałek, 31 grudnia 2012

Składanka ZIMA 2013 [płytowo]

40 najlepszych piosenek na zimę! Ostatnia składanka przed końcem świata! Z natury uwielbiam składanki. Co roku zaopatruję się w co najmniej jedną, na której znajdą się wszystkie hity towarzyszące mi przez minione dwanaście miesięcy. Odczucie świetne, gdy ma się wszystko w jednym miejscu, można też sobie przypomnieć o paru utworach zapomnianych, poznać coś nowego.. Tylko trzeba ostrożnie dobierać składanki. W marcu bodajże kupiłam prześwietny zestaw sygnowany nazwą RMF HOT NEW 2012, teraz mam ZIMA 2013 podpisany przez radio eska. Zapowiada się nieźle, widzę Asafa Avidana (cover jego piosenki jest wielkim hitem, choć jak to zwykle bywa, oryginał jest lepszy pod każdym względem), Chrisa Browna (nie ważne, że piosenka zamieszczona w gronie 40 najlepszych piosenek na zimę już latem była hitem, nie ważne), Ushera, P!NK, Gossip, kurczę, nawet Enej jest i niespodziewani Poets of the Fall.

niedziela, 30 grudnia 2012

Stos 32


Stosy dwa, ten lewy to głównie prezenty, o Wróżbiarzach Libby Bray pisałam niedawno, nową książkę Cassandry Clare już przeczytałam, a J.K. Rowling i Murakami czekają w kolejce. Dziedzic Wojowników i Dotyk Gwen Frost są do recenzyi od nastka, Dotyk Gwen Frost przeczytałam i skrytykowałam, nowa książka Chimy jednak wepchnięta została do kolejki. A dlaczego takie dobre i ciekawe książki poczekują? Odpowiedź widać na stosie, jako hm, być może najbardziej rzucającą się w oczy rzecz, czyli Kindelek! Czytnik sprawiła mi rodzicielka na gwiazdkę (świetny zbieg okoliczności mi wyszedł - nie wiedząc jeszcze o prezencie napisałam u engi, że chyba sobie niedługo sprawię czytnik) i już się zakochałam w moim kindlątku. Pojemny, nie razi oczek, choć ceny ebooków i u nas i na amazonie są nieco przerażające. 

Stos drugi to powieści pochodzenia różnorodnego. Królowa Ciemności to, obok czytnika i książek Murakamiego, kolejny prezent od mojej wspaniałej rodzicielki. Wichrowe Wzgórza wydębiłam od koleżanki (razem z trzema płytami Coldplay, ale one wróciły już do właścicielki), Krętka Blada i Dłoń to nagrody w konkursie mikołajkowym u Anny J. Szepielak, a cztery ostatnie tomy to moje zdobycze z Salonu Ciekawej Książki 2012. Obyło się bez relacji, ech, w sumie mogłam ją napisać. To samo tyczy się koncertu HEY z początku grudnia, ale jakoś o tym zapomniałam...

A tutaj - moja perełka, album o Monecie, moim ulubionym malarzu obok Salvadora Dali (album z jego biografią i pracami też mam). Na tym - zimowa składanka od merlina (dzisiaj chyba będę o niej pisać, krew się poleje) + przypinka z Monkey D. Luffym.

Podsumowanie roku jakoś wrzucę jutro lub pojutrze. Albo inaczej - do końca tygodnia. A teraz ~celebration~, jutro Sylwester! Macie jakieś plany? Mam nadzieję, że moje uda się zrealizować (np. może uda się mi zrobić maraton LotR)

piątek, 28 grudnia 2012

Anne Bishop, Królowa Ciemności



Po złożeniu ofiary Ciemności Jaenelle Angelline panuje jako Królowa Ebon Askavi, strażniczka Królestwa Cieni. Aby ochronić swój lud i ziemię przed skażonymi Krwawymi, musi stoczyć bitwę, wyzwolić straszliwą moc Czarownicy i na zawsze zniszczyć wszystkich swoich wrogów. Jednak do walki nie może stanąć sama. Do królestwa przybywa oswobodzony z szaleństwa Daemon, przeznaczony jej Małżonek. Jego bezgraniczna miłość cementuje Ciemny Dwór i umacnia rządy Jaenelle, jednak nawet ich wspólna siła może być niewystarczająca, by powstrzymać nadciągające zło. Tylko największa ofiara ze strony Jaenelle może ocalić tych, których kocha – i królestwo, które przysięgła strzec.

Aaaa! Faza na fantastykę dziko nadeszła! Jak dobrze, że przezornie, jakiś czas temu, zaczęłam gromadzić na półce wszystko, co choć trochę pachnie fantastyką. Odkładałam i odkładałam, składowałam i składowałam z nadzieją, że ochota na historie dziejące się poza naszym światem pojawi się w najbliższym czasie. I pojawiła się! W zanadrzu, jako gwiazdkowy prezent, miałam trzecią część Trylogii Czarnych Kamieni. Wspominając dwa pierwsze tomy, które czytałam bodajże półtora roku temu, wróć, wspominając bardzo dobrze dwa pierwsze tomy z radością ruszyłam w kierunku trzeciego, żeby w swoim umyśle historię zamknąć i spojrzeć, co Anne Bishop zgotowała swoim bohaterom.

Powrót do krainy, którą pokochało się od pierwszej strony to niesamowite uczucie. Ponowne spotkanie bohaterów, z którymi przezywało się niezapomniane chwile, kibicowało się przy ich nie zawsze prostych decyzjach, przyglądało się powoli kształtującymi się przyjaźniami, związkami czy uczuciami nienawiści. Uwielbiam tak wracać! A tym bardziej, że Trylogia Czarnych Kamieni kojarzy się mi z przyjemnymi wydarzeniami, co za tym idzie, przyglądając się Jaenelle, Daemonowi, Lucivarowi, Dorothei, Surreal i Saetanowi mogłam powspominać to, co w moim życiu działo się półtora roku temu. Takie mam zboczenie, przywiązuję książki i utwory muzyczne do danych wydarzeń z mojej egzystencji. Przydatne to dość…

Bohaterowie bohaterami, trzeba im poświęcić cały akapit! A dlaczegóż? Wpłynął na to fakt, że są to świetnie wykreowane postaci. Każda z nich kryje w sobie inne motywy zachowań, każda, choćby mała zmiana ich charakterów jest doskonale udokumentowana, każdy z nich jest inny, a co najważniejsze – nie ma widocznego podziału na dobro i zło. Bo nawet ci dobrzy mają mroczne strony, których nie boją się ukazać, by coś osiągnąć. Chyba na najwięcej fanfar zasługuje Daemon Sadi, zwany Sadystą, który z przerażającego mężczyzny, który w pełni zasługuje na przydomek, zmienił się w kruchego, delikatnego człowieka pragnącego zainteresowania i miłości. Królowa Ciemności przypomniała mi, że od przeszłości nie da się uciec, nie da się jej zapomnieć, wbrew temu, co niektórzy twierdzą. Nasza przeszłość kształtuje nasz charakter i to właśnie ona wpływa na to, kim będziemy w przyszłości.


Może i nie napisałam dużo o tej powieści, ale to nie znaczy, że nie warto jej czytać. Warto, warto, jest to dobry kawałek fantastycznego świata dla osób, które wielkimi znawcami fantastyki (ojej, coś za dużo w tym tekście o fantastycznej fantastyce używam słowa fantastyka). Moja ocena, tak na koniec – 5+. I będę dalej wspominać bohaterów, sytuacje, Kaeleer, Terreille, intrygi, Krewniaków, Krwawych, kamienie (czarne są najfajniejsze!), w sumie wszystko! Aaa, i zdobędę różne zbiory opowiadań Anne Bishop dotyczące uniwersum czarnych kamieni!  O, jeszcze jedno. To książka dla dorosłych. Żeby nie było, że nie ostrzegałam.

środa, 26 grudnia 2012

Gwen Hayes, Śniąc na Jawie


Niebezpieczeństwo nie zawsze wita cię obnażonymi kłami. Niekiedy uwodzi delikatną pieszczotą, westchnieniem rozkoszy, a potem dopiero zmienia się w krwiożerczą bestię. Z miłością jest tak samo. Miłość uwiodła moje serce i duszę, zmieniła mnie na zawsze, a potem – jedną złożoną pod przymusem przysięgą – wystawiła na straszną próbę moje człowieczeństwo. A mimo to nie żałowałam. Tak właśnie myślałam, kiedy przenikałam pozaziemską zasłonę rozdzielającą dwa światy:  ten, w którym powinnam żyć, i ten, z którego uciekłam. Świat Podziemia.

Jak się nanarzekałam na paranormalne romanse ostatnimi czasy, tak trafiłam wreszcie na coś porządnego. Dobrze wspominam Strąconych Gwen Hayes, czytało się bardzo przyjemnie, fabuła była ciekawie wymyślona, akcja nieźle poprowadzona. Oczywiście, mogłam źle pamiętać, i część druga mogłaby być kompletnie nie na poziomie, nienadająca się do czytania. A jednak … Jest dobrze!

Wreszcie nastoletnia miłostka jest na wyższym poziomie! Autorka nie bawi się w dziecinne zauroczenia, chodzi tu bardziej o poświęcenie, wspólne przywiązanie i uczucie takie, które nakazuje oddać swoje życie za osobę ukochaną. Brzmi trochę utopijnie i być może stwierdzicie, że takie rzeczy się nie zdarzają, ale wtedy ja odpowiem krótko – wystarczy tylko uwierzyć, a wtedy wszystko będzie możliwe. Właśnie, wiara. Wiara prowadziła Theię dalej, dawała jej siłę do walki z demonami (nie tylko jako istotami, ale też demonami przeszłości i umysłu). Co więcej, Gwen Hayes postanowiła rozwinąć wątki przyjaciółek Thei – Amelii i Donny, dwóch skrajnych osobowości. Męskie sylwetki nie zostały jednak pominięte, główne skrzypce gra Haden, ale autorka nie zapomniała o paru postaciach wspomnianych w części pierwszej i dała im trochę linijek na rozwinięcie swojej historii.


wtorek, 25 grudnia 2012

Libba Bray, Wróżbiarze


 
Lata dwudzieste w Nowym Jorku. Chłopczyce i tancerki rewiowe, jazz i dżin. Czasy po wojnie, ale przed kryzysem. Dla pewnej grupy złotej młodzieży to okazja, by bawić się jak nigdy wcześniej. Dla Evie O’Neill to ucieczka. Nigdy nie pasowała do małego miasteczka w stanie Ohio, a kiedy wywołuje kolejny skandal, rodzice wysyłają ją do wielkiego miasta, by zamieszkała z wujem. Dla dziewczyny to nie wygnanie, a spełnienie marzeń – szansa, by pokazać, ze jest nowoczesna do szpiku kości i niewiarygodnie odważna. Niestety, Nowy Jork to nie tylko jazz i rewia. Ma swoją mroczną stronę. W mieście giną młodzi ludzie. Zbrodnie te nie są popełniane w afekcie. Są okrutne. Starannie zaplanowane. I niepokojące podobne do ilustracji z zapomnianej księgi. A nowojorska policja nie potrafi samodzielnie rozwiązać tej sprawy. Evie nie uciekała jedynie przed ograniczeniami życia w Ohio, lecz również przed świadomością, czego może dokonać. Ma tajemnicę. Niezwykłą moc, która mogłaby pomóc w złapaniu zabójcy – o ile on nie dopadnie jej wcześniej.

Każdy, kto kiedykolwiek utknął w świecie książki tak, że nie był w stanie wyrzucić jej z umysłu zrozumie moje uczucia. Każdy, kto historię pokochał tak mocno, że nie był w stanie nawet wstrzymać lektury w celu chociażby zapalenia światła mnie zrozumie. Każdy, kto czytał poprzednie książki Libby Bray też powinien mnie zrozumieć. Każdy, kto zazwyczaj czuje mentalną więź z bohaterami, zrozumie to, co przechodziłam podczas lektury Wróżbiarzy. Ciężko mnie samej w to uwierzyć, bo moim przeświadczeniem było, że tylko przy 1Q84 i Atlasie Chmur miałam problem z pisaniem i że to już nie powinno się powtórzyć. Myślenie błędne. Bo zaczynam czytać nową powieść pani Bray, czytam, czytam, za oknem ciemno, wypadałoby wstać, zapalić światło, nie, nie mogę, bo uwiązana nitkami fabuły i akcji niezdolna jestem do ruchu. Rzadkością są takie uczucia podczas czytania, nieprawdaż? Wiele powieści wciąga czytelnika, ale niewiele jest tych, które TAK MOCNO wejdą mu w umysł, TAK MOCNO zaczepią w nim swoje haczyki, że potem będzie miał problem z zapomnieniem.

Kurczę, coś na styl kryminału. Kurczę, i ma w sobie trochę horroru. Kurczę, i thrilleru. I kurczę, sensacji! Wątek romantyczny w odsłonach wielu. Tolerancja wobec koloru skóry, pochodzenia, ostatnio prawie we wszystkich książkach amerykańskich autorów to występuje, jakby chcieli pokazać, jacy tolerancyjni oni są (nie ważne, że wyzywanie innych z uwagi na to, to i to jest na poziomie dziennym). O, i alkohol! I zabawa! I tajemnice! I demony przeszłości! Tak, toż to lista składników, których autorka użyła, aby upichcić Wróżbiarzy. Jak ktoś nie lubi choćby dwóch z wyżej wymienionych, to książka nie dla niego. Dlaczego? Gdyż wszystkie te elementy są ze sobą ściśle powiązane, zachowują równowagę, na każdy z nich trzeba zwracać uwagę i patrzeć, jakie m skutki i dlaczego został użyty tak, a nie inaczej.

Nowy Jork w latach ‘20 jest opisany tak magicznie, tak wspaniale, tak namacalnie, przynajmniej dla osoby, która o latach ‘20 wie mało, a nawet bardzo mało. Libba Bray już Mrocznym sekretem i kontynuacjami pokazała, że pisze dobrze, ba, że pisze fantastycznie, a Wróżbiarze to wisienka na torcie, stwierdziłabym nawet, że być może to dzieło jej życia, że już niczym więcej nie pobije swojej ostatniej książki. Nadal nie rozumiem, co mnie aż tak bardzo oczarowało? Może Jericho? Może genialnie uknuta intryga? Może główna bohaterka, która pod płaszczem imprezowiczki i lekkoducha skrywa dziewczynę, która chce żyć na przekór normom? W sumie jej się nie dziwię, może i po pierwszej wojnie światowej kobietom żyło się lepiej, niż w XVIII lub XIX wieku, ale wciąż to było dalekie od ideału. Ale nadal nie wiem, co dokładnie wpłynęło na mój obecny stan. Załóżmy, że tak po prostu ma być i już. O, mam nowe porównanie – ta książka jest trochę jak narkotyk, nie pozwala się od siebie uwolnić.

Potok słów różnorodnych wylewa się z moich palców, lecz nadal nie wyraziłam wszystkich swoich uczuć. Ach, ten odwieczny problem, gdy książka jest tak świetna, że nie da się tego opisać słowami. Libba Bray mnie zaczarowała i teraz będę Wróżbiarzy chwalić wszędzie. I każdemu. I mam nadzieję, że tak pozostanie przez długi czas. A teraz krótka lista faktów, które mogą zachęcić do lektury – pomimo objętości, historia się nie dłuży; Evie to doskonale wykreowana postać; równowaga pomiędzy wieloma wątkami jest zachowana; bohaterowie drugoplanowi nie są spłyceni i każdy ma chwilę dla siebie; zakończenie jest otwarte; trochę wątków zostało niewyjaśnionych. A krócej – książka w dłoń i do czytania marsz! Ocena jest chyba tylko formalnością… Szósteczka, tłuściusieńka i bardzo ładna. I bardzo zachęcająca, mam nadzieję. 

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Utwory ponadczasowe [2012]

Przyglądając się notowaniom Trójki, EskiRock i innych radiostacji stwierdziłam, że ja także sobie zrobię własne notowanie. Dokładniej - TOP 20 PONADCZASOWYCH UTWORÓW. Takich, które jak raz weszły mi do głowy, to teraz wyjść nie chcą. Będzie w linkach do youtube'a. Co roku postaram się tworzyć taką listę, będę sobie potem porównywać, ale sądzę, że nie będzie się ona jakoś diametralnie różnić, najczęściej typy pozostają te same ^^ I zapraszam do podawania swoich typów, tego, czy któreś z moich pasują do Was, itd :) I czy Wam się podoba sama idea! BTW, wesołych świąt!

20.

19.

18. 

17.


16.

15. 

14. 

13.

12.

11. 

10.


9.


8.

7. 

6. 

5.

4.

3. 

2.

1. 

sobota, 22 grudnia 2012

Kendare Blake, Anna we Krwi



Cas Lowood odziedziczył po ojcu niezwykły zawód: zabija umarłych. Ojciec chłopaka został w makabryczny sposób zamordowany przez ducha, którego sam miał uśmiercić. Teraz Cas, uzbrojony w tajemniczy i śmiercionośni sztylet athame, podróżuje po całym kraju ze swoją matką-czarownicą i potrafiącym wyczuć obecność zjaw kotem. Razem śledzą lokalne legendy, próbujący wyplenić co bardziej niebezpieczne upiory ze świata – nie dopuszczając jednocześnie do siebie nieprzyjemnych myśli o sprawach typu przyszłość czy przyjaźń. Gdy przybywają do kolejnego miasta w poszukiwaniu ducha nazywanego przez mieszkańców Anną we Krwi, Cas nie spodziewa się niczego odbiegającego od normy: chce zjawę wyśledzić, zdybać, zabić. Zamiast tego spotyka obłożoną klątwą dziewczynę, istotę, z jaką nigdy przedtem się jeszcze nie mierzył. Zjawa wciąż nosi sukienkę, którą włożyła w dzień swojego morderstwa w 1958 roku: dawniej śnieżnobiałą, teraz czerwoną, ociekającą krwią. Po śmierci Anna zabijała wszystkich, który odważyli się postawić nogę w opuszczonym domu, gdzie sama się wychowała. Z jakiegoś jednak powodu Cas postanawia oszczędzić…

Aby napisać młodzieżowy horror, trzeba być nie lada dobrym pisarzem. Trzeba mieć głowę pełną pomysłów, gdyż przecież makabryczne idee morderstw nie spłyną z nieba. Taki pisarz grzebie, szuka, kombinuje, byleby tylko utrzymać jak największe napięcie i w pewnym momencie spuścić na czytelnika bombę wydarzeń i rozwiązań. Czasem też można rozwiązań nie dać, a niech on/ona się sam-/a głowi! Książki takie czyta się dość ciężko, ale jednak są one kompletnie różne od filmów o tematyce podobnej. Można uwielbiać horrory na papierze, a na ekranie ich nie znosić, bać się krwi, członków latających tu i tam – jestem doskonałym tego przykładem.


czwartek, 20 grudnia 2012

Amanda Hocking, Przywrócona


Wendy, następczyni tronu królestwa, musi poślubić księcia Vittra (naprawdę? Jakiś błąd do opisu się wkradł…). To jedyny sposób, żeby ocalić Trylle przed ich śmiertelnym wrogiem i zapobiec krwawej wojnie z niepokonanym przeciwnikiem. Lecz myśl o tym, że przyjdzie jej opuścić miejsce, które stało się jej domem, jest nie do zniesienia. Pożegnała się już ze swoją pierwszą miłością, czy teraz przyjdzie jej poświęcić drugą? Czy będzie musiała się wyrzec uczucia do Lokiego, tak jak wcześniej wyrzekła się miłości do Finna? (Ale to było inaczej…) Czy czeka ją najtrudniejszy wybór : z którym z nich zostanie na zawsze… Jeśli tylko ich magiczny świat ma przed sobą jakieś ,,na zawsze”. Przyszłość Trylli leży w rękach Wendy – pod warunkiem, że odważy się o nią walczyć…

Nieodpowiednim byłoby stwierdzenie, że Zamieniona mnie zachwyciła. Bo nie zachwyciła. Ale też nie było tak, że kompletnie nie przypadła mi do gustu. To książka tak pomiędzy tymi dobrymi, a tymi, o których nawet nie warto wspominać. Dotąd ciężko mi zrozumieć, co sprawiło, że nie skrytykowałam jej tak bardzo. Mój mózg zasłoniła jakaś mgła. Ale teraz bańka iluzji pękła i czytając ostatnią część trylogii Trylle przejrzałam na oczy. Dosłownie i w przenośni. Potwierdzeniem może być fakt, iż zasiadłam z ołówkiem i wyszukiwałam najbardziej rażące błędy logiczne i stylistyczne – a nie zapominajmy, że jestem kompletną amatorką i znam się na tym na tyle, na ile powinnam. I teraz, gdy czytam to, co napisałam o pierwszej części, wprost nie mogę uwierzyć! Jak TO coś mogło mnie oczarować?



*Zamieniona * Rozdarta * Przywrócona*

środa, 19 grudnia 2012

Jennifer Estep, Dotyk Gwen Frost

Potomkowie legendarnych wojowników takich, jak Spartanie, Amazonki czy Walkirie posiadają magiczne moce. W Akademii Mitu uczą się panować nad swoimi umiejętnościami i ich odpowiednio używać. Główną bohaterką serii jest siedemnastoletnia Gwen Frost, obdarzona nadzwyczajnym talentem. Jej cygański dar, polega na tym, że wystarczy jej jeden dotyk, aby wiedzieć wszystko o danym przedmiocie czy człowieku. Jednak Gwen czuje nie tylko pozytywne wibracje, lecz także te złe i niebezpieczne. Szybko się orientuje, że jest o wiele silniejsza niż myśli i ze będzie potrzebowała swoich umiejętności, aby pokonać potężnego wroga – mrocznego boga Loki.

A co tam, zróbmy kolejnego Percy’ego Jacksona. Nie ważne, że autorka twierdzi, że się nie wzorowała na Ricku Riordanie. Tak przypuszczalnie było. Ale co ma poradzić biedny czytelnik, który od samego początku czytał serię i był fanem (a w marzeniach brał udział w Obozie Herosów)? Na zawsze już pozostanie pod jej wpływem, będzie oceniał i odbierał przez jej pryzmat. Czasami to przeszkadza. Nawet bardzo. Bo jak chcę się nacieszyć jakąś pozornie niezłą książką, to od razu mój mózg widzi podobieństwa do historii Percy’ego, różnice i werdykt najczęściej jest jeden – eee, to nie to. Coś nie wyszło. Nic nie przebije Percy’ego!

Przesadyzmem byłoby stwierdzenie, że to moje przekleństwo. Ale jednocześnie cieszę się, że potrafię dostrzec wady jakiejś książki. I mniej więcej widzę, kiedy fabuła ma ręce i nogi i korpus i mięśnie, a kiedy nie. Jak już nawet ona jest w miarę dobrze wymyślona, to pół biedy. Ale jak autor, kolokwialnie twierdząc, skopie i fabułę i techniczną część książki, to koniec. Koniec dla niego w oczach czytelników, którzy mają w sobie choć kamyczek syndromu książkowego opiniodawcy. I zaraz jest – o nie! Co on tu robi?! Po co? Dlaczego? A dlaczego ona to? A dlaczego tamto? Co ona wyprawia do orzecha? Wracaj, bohaterko, wracaj po lepszy los.

niedziela, 9 grudnia 2012

Rob Thurman, Świat Nocy


Potwory są wśród nas. Żyły tu od niepamiętnych czasów i na zawsze tu pozostaną. Wiedziałem o tym przez całe życie – co więcej, maiłem świadomość, że sam jestem jednym z nich… no(!), przynajmniej w połowie. Witajcie w Nowym Jorku. W tym mieście można spotkać trolla pod Mostem Brooklyńskim, boboka w Central Parku i piękną wampirzycę w apartamencie na Upper East Side – a to tylko początek. Większość ludzi nie ma pojęcia o istnieniu świata nocy, ale Kal Leandros jest tylko w połowie człowiekiem. Jego ojciec to złośliwy demon, wcielony nocny koszmar -  a teraz cały jego lud zjednoczył się w pogodni za Kalem. Dlaczego? Kal nie zamierza odwlekać ucieczki, by się tego dowiedzieć. Wraz ze swym przyrodnim bratem, Nikiem, ucieka przed potworami od czterech lat, ale teraz jego demoniczny ojciec znów trafił na ich ślad. Kal już niedługo dowie się, dlaczego demony tak uparcie go ścigają, chłopak jest bowiem kluczem do ich potęgi, ostatnim elementem wielkiego planu, który pozwoli im rozpętać piekło na ziemi. Walka o losy ludzkości splecie się z walką o życie Kala…
 
Zastanawiam się zawsze, czym inspiruje się autor podczas pisania. Może utworem muzycznym? Może inną powieścią? Może historią skądś zasłyszaną. Inspiracja także wpływa na poziom tworu, bo wypadałoby dobrać sobie coś porządnego, by z potem z tego czerpać. Jednak słowo porządny jest przez każdego definiowane i rozumiane inaczej… i potem z tego świetne kwiatki wychodzą. Tylko ciężko mi zrozumieć, co natchnęło Roba Thurmana. Trudno mi też stwierdzić, do jakiego gatunku zakwalifikować jego książkę. Chyba jest to jakiś odłam urban fantasy – wskazuje na to przynajmniej nawał różnych stworzeń. Tu auphe, tam puki, pod mostem troll, na suficie banshee, wampir. O, wampir? I jeszcze wilkołakocoś. Taka tam sterta różnych istot, które związane są miastem, w którym mieszkają.

Całość: http://paranormalbooks.pl/2012/12/09/recenzja-swiat-nocy/

wtorek, 4 grudnia 2012

S. C. Ransom, Błękitna nadzieja

 Alexa już wie, że istnieje sposób, by mogli być razem: ona i Callum, jej piękny, widmowy ukochany, chłopak uwięziony pomiędzy światem żywych i umarłych. Jest ktoś, kto potrafi przywrócić go do życia, lecz nie zamierza wyjawić tego sekretu Alexie. Dla tego kogoś Alexa jest najgorszym wrogiem, którego trzeba zniszczyć. Czy moc magicznej bransoletki okaże się potężniejsza niż nienawiść? I czy Alexa zaryzykuje wszystko, by być z tym, kogo kocha – na zawsze?

Już tak to jest z każdą serią, w pewnym momencie nadchodzi koniec. S. C. Ransom napisała coś w stylu Pośredniczki Meg Cabot, a przynajmniej ostatnia część trylogii przywodzi mi na myśl takie skojarzenia. Trylogii. Tak, piszę to słowo z lekką ironią klawiaturową, gdyż te trzy części są cieniutkie. Średnia to… ok. 300 stron. Policzyć nie zaszkodziło. Spokojnie można było to upchnąć w jeden tom. Albo góra dwa. Tylko które z wydarzeń byłoby tym kulminacyjnym?

A czy czasem nie czujecie jakiejś monotonii w powieściach? Że seria jest, ale w sumie to, co się w niej dzieje, jest nudne? Jakoś tak BARDZO BARDZO BARDZO w pamięć nie wbiły mi się wydarzenia z tej błękitnej serii /trylogii, czy jak to inaczej nazwać. Ogólny zarys kojarzę, ale ze szczegółami już trudniej. Mój umysł otacza nieokreślona mgła. I to trochę przeszkadzało mi podczas lektury. Co więcej, dlaczego to było takie krótkie? Choć z drugiej strony… Może to i nawet lepiej, bo nie ma sensu ciągnąć na siłę, tego, co jeszcze autorka mogłaby wymyślić? Kiedyś, gdy byłam jeszcze wielką fanką romansów paranormalnych, wciągały mnie takie historie. Teraz niestety mnie nudzą (obarczam winą ilość przeczytanych, bo teraz wszystkie są w sumie takie same). Są jednak małe wyjątki. Zawsze są wyjątki. Pierwsza część cyklu w jakimś stopniu do nich należała. Druga już mnie trochę nużyła. Trzecią czytało się szybko, ale ona tak jakoś.. wpadała mi do mózgu i wypadała chwilę później.

Całość : http://paranormalbooks.pl/2012/12/04/blekitnanadzieja/

Błękitna Miłość ~ Błękitna magia ~ Błękitna nadzieja

niedziela, 2 grudnia 2012

Stos 31 (biletem go!)

Stos. Jestę szpanerę, widać to jak na dłoni. A szpan ten objawia się nówkami, nieśmiganymi biletami na koncerty. Po lewej HEY 08.12.12, czyli za tydzień, a po prawej najważniejszy kawałek papieru w tym roku i w przyszłym i przez parę następnych, gdyż to bilet na koncert mojego ukochanego zespołu w... moim mieście! Czyli Iron Maiden do Łodzi przyjeżdża! Do Gdańska nie mam za bardzo jak się tłuc, więc tamten koncert sobie odpuszczam... Śmieję się dodatkowo, że koncert IM jest mi pisany, bo w poniedziałek rano powiedziałam znajomemu, że się wkurzę, jak ogłoszą IM na Sonisphere w Wawie, bo nie będę mogła jechać. Wracam do domu, a tam BACH, informacja o IM w Łodzi! To jest nie do wiary! Chyba mam chody w niebie. Ale stosik. Wracajmy do stosu.
LEWA
>Mangowy stosik polsko-angielski, czyli Pandora Hearts, dwa tomy Ao No Exorcist i Dawn of the Arcana (to ostatnie dzisiaj przeczytałam, fabuła trochę kuleje, ale kreska jest piękna! Dla takiej kreski warto czytać dalej)
>Kossakowska, Grillbar Galaktyka, cudo nad cudami, prawiłam o chwale tej książki niecały miesiąc temu. I wciąż mogłabym prawić...
>Mitchell, Atlas Chmur, już nie cudo nad cudami, a arcydzieło, którego człowiek nie mógł napisać. Wychwalałam i zachwycałam się wczoraj nad nią.
> Michalak, Wiśniowy dworek, od samej autorki, jej! Nie wiem tylko, kiedy się wreszcie zabiorę za książkę...
>Michalak ponownie, Sklepik z Niespodzianką, Adela, kupiona w antykwariacie, tak sobie leży i leży. Pewnie w święta przeczytam, atmosfera będzie odpowiednia.
PRAWA
>Szepty, jakiś tydzień temu o nich pisałam, niezły film i widzę, że nie tylko ja tak uważam
>Friedman, Skrzydła Gniewu, niespodziewajka od Prószyńskiego (dałabym sobie mózg wyciąć, że jej nie zamawiałam). Ale mam część pierwszą, to jak ją przeczytam, to przeczytam i drugą i będzie git^^
>Nowak, Drzazga, od Egmontu, nawet niezła, gdyby nie... parę braków tam było.
>Shulman, Gorączka, od Egmontu, historia z potencjałem, spaprana przez niedopracowanie. Świetnie =.=''
>Moccia, Wybacz, ale chcę się z Tobą ożenić, kupiłam sobie kiedyś pierwszą część, przeczytałam, spodobała mi się, to zaopatrzyłam się w drugą, a co! (I to by było na tyle, jeśli chodzi o mój odwyk od kupowania książek;___;)
>Kosik, FNiN oraz Świat Zero 2. Alternauci, czasem mam wrażenie, że ta seria już jest ciągnięta na siłę i żadna z kolejnych części nie przebije 3K albo TMK, to i tak dalej czytam ^^
Brakuje HEY, Do Rycerzy, do Szlachty, doo Mieszczan, gdyż pogoda mnie odstraszyła przed sprintem do samochodu po płytę. ZUa ja. 


A to taki bonus, czyli kartka ze Spirited Away. Awww *__*

I.. za tydzień Salon Ciekawej Książki ~ 

sobota, 1 grudnia 2012

David Mitchell, Atlas Chmur


Pasażer statku, z utęsknieniem wyglądający końca podróży przez Pacyfik w 1850 roku; wydziedziczony kompozytor, usiłujący oszustwem zarobić na chleb w Belgii lat międzywojennych, dziennikarka-idealistka w Kalifornii rządzonej przez gubernatora Reagana; wydawca książek, uciekający przed gangsterami, którym jest winien pieniądz; genetycznie modyfikowana usługująca z restauracji, w oczekiwaniu na wykonanie wyroku śmierci; i Zachariasz, chłopak z wysp Pacyfiku, który przygląda się, jak dogasa światło nauki i cywilizacji – narratorzy Atlasu Chmur słyszą nawzajem swoje echa poprzez meandry dziejów, co odmienia ich los zarówno w błahym, jak i w doniosłym wymiarze.


Żebym nazwała jakąś książkę arcydziełem, powinnam po lekturze zostać z otwartymi ustami. Z zachwytu oczywiście. I, ku mojemu zaskoczeniu, Atlas Chmur spokojnie mogę okrzyknąć arcydziełem. I być może najlepszą książką tego roku, jaką przeczytałam. I żałować też mogę, że dopiero teraz po nią sięgnęłam. A zapowiadało się tak monotonnie… Pan Ewing płynie sobie statkiem, co jakiś czas historia urozmaicona jest jakimś wydarzeniem, język pełen archaizmów, kropka w kropkę, jakby naprawdę ta historia powstała w XIX wieku. Męczyłam się i męczyłam, aż w końcu, ze szczątkami nadziei, dotarłam do motywu Listów z Zedelghem. I się zakochałam. W książce. I w opowieści Roberta Frobishera. Wciągnięta już, musiałam się z nim rozstać na rzecz Luisy Rey. Znowu ciekawie, potem Tim Cavendish – najbardziej humorystyczny wątek w całej powieści. A po Timie, Sonmi-451. Jako że, z natury uwielbiam sci-fi, mogłam przewidzieć, że mi się spodoba. I to kolejna historia, po Listach, którą czytałam z zapartym tchem. A na koniec, jak to nazwałam, klin, czyli Bród Slooshy. Dziwny to rozdział, oj dziwny, zaskakuje językiem…

I tak akcja co chwila przeskakuje. Ja tu już zdążyłam się wciągnąć, a nagle bach, i inna historia. Oczywiście łączą się one różnymi szczegółami i wszystkie mają jeden główny motyw – chęć dążenia rasy ludzkiej do władzy i późniejsze tego następstwa. Ukazane jest to tak, że czytelnik widzi, że nie ważne jest, ile czasu minie, ludzka natura pozostaje niezmienna. Zmianom ulegają tylko realia i to, do czego istota może się posunąć, aby zdobyć bogactwo / władzę.

Każdy rozdział żyje własnym życiem. David Mitchell jest geniuszem. Może nawet więcej. Dla niego nie istnieje coś takiego jak gatunek. Zbitek różnych form w jednym tomie, od pamiętnika, przez listy do wywiadu sprawiają, że czuć to urozmaicenie, że NIGDY nie można być pewnym, że coś się stanie. Magia ukryta w słowach, w zdaniach, pozwala nam na odkrywanie starożytnych prawd. Pełno sentencji, nie, nie żartuję i nie przesadzam – cały mój egzemplarz jest w samoprzylepnych karteczkach.

Prawdą jest, że książka jest lepsza od filmu. A skoro film był świetny, to jak określić książkę? Nawet arcydzieło to za mało. Dzieło ponadczasowe też. Wiecie, brakuje mi w tym momencie trafnych słów, które by przekazały wszystko, co mi w mózgu siedzi. Za dużo odczuć, za dużo emocji. Śmiałam się i płakałam zarazem. Wyzywałam autora (zły autor, zły autor, jak mógł zrobić to i to?!), a potem mu dziękowałam, że napisał coś tak wspaniałego.

Chcę więcej takich książek! Chcę więcej niepowtarzalności, tak osobliwych związków przyczynowo-skutkowych, takich bohaterów, obok których chciałabym żyć! Więcej tak pięknych, ale to przepięknych wątków miłosnych, na których płakałam nie raz. I które wyryte w mojej pamięci zostaną na zawsze i będą mi przypominać, że nie tylko ja mam problemy. Uczta dla czytelnika. Istna uczta dla oczu i wyobraźni, dla naszych umysłów. Granice i jakiekolwiek ograniczenia nie mają szansy na istnienie. Zastanawiam się nawet, czy Mitchell na pewno jest człowiekiem… Może i on i Murakami nadeszli z chmur i wtopili się w ludzkość – może szerzą swoje historie w jakimś celu. Nie wiem. Choć wiem  to, że Atlas Chmur zapamiętam na zawsze. Przez to zaskakujące zróżnicowanie. I może przez to, że moja wyobraźnia odkryła niezbadane dotąd zakątki. Książki czasem zmieniają czytelnika i ta jest doskonałym przykładem takiego zmieniania. Ktoś może wyśmiać tę wszechobecną reinkarnację, może zmieszać powieść z błotem, może i o gustach się nie dyskutuje, ale to byłaby istna ignorancja. Lub niezrozumienie. Nie mam dla książki skali! Nie mam dla książki skali! Ocena niemożliwa, bo śmiertelnik nie ogarnąłby umysłem tak dużej liczby! 

PS: Kupiłam z okładką filmową.. I teraz zaczynam żałować. A tym bardziej, że na boku książki pojawił się jakiś dziki ślad od wody. Nieeeee~! To chyba znak, że trzeba nabyć wydanie z Uczty Wyobraźni!

czwartek, 29 listopada 2012

Szepty [2011], reż. Nick Murphy


Internatem dla chłopców z najbogatszych sfer w Rockford wstrząsa tajemnicza śmierć jednego z nich. Wszelkie racjonalne próby wyjaśnienia tej tragedii zawodzą. Do szkoły zostaje wezwana Florence Cathcart, która zajmuje się demaskowaniem fałszywych spirytystów. Testy, które zacznie przeprowadzać, wymkną jej się spod kontroli. To, co zdarzy się później, sprawi że dziewczyna (kobieta chyba…) nie będzie mogła już tego miejsca odejść… (ach ten tajemniczy opis)


O filmie Inni z roku 2001 można rozprawiać ciągle. Zaskakujący, nieco przerażający, zasiewający strach i niepokój w sercu. Wykorzystuje motyw znanym wielu. Duchy. I nieprzewidywalne zakończenie. Podobne było już w wielu filmach, ale dopiero tamto wywarło na mnie ogromne wrażenie. Takie, że jak już skończyłam projekcję, nie mogłam otworzyć ust i konstruktywnie skomentować, bo powtarzałam jedynie, że było fantastycznie. Zabrakło mi słów. A Szepty po raz pierwszy obejrzałam w wakacje. Zapowiadało się nieźle, miało przypominać Innych. Obejrzałam wtedy ten film, nawet przypadł mi do gustu. Minęło parę miesięcy, a ja dostałam szansę, aby obejrzeć znowu. To obejrzałam. I co zadziwiające, za drugim razem bardziej przeżywałam. I za drugim razem oglądało się lepiej. I film mnie zachwycił…

Pomimo jakiś tam drobnych usterek. Bo takie usterki zauważy wprawne oko osoby, która na krytyce filmów się zna. Ale mnie, człowiekowi z ,,plebsu” bardzo się podobało. Od czasu do czasu się zastanawiałam co się dzieje, dlaczego się dzieje, jednakże w przypadku większości obrazów tak mam. Zafascynował mnie nastrój. Lokacje są wprost przepiękne i zapierające dech w piersiach. Doskonale dopasowane do fabuły dopełniają historię, a także przyciągają wzrok i uwagę widza. Skupiają ją na sobie, ale nie tak mocno, by kompletnie wyłączyć się z tego, co się dzieje w trakcie filmu.

Co więcej, brytyjscy aktorzy! I brytyjski akcent! I Londyn w pierwszej połowie XX w! Cudo! Realizm na poziomie, nie wyskakuje jakiś aktor w trampkach na przykład, czy w jakimś innym stroju kompletnie nie pasującym do epoki. W przypadku Szeptów włożono dużo pracy w jak najlepsze dostosowanie scenografii, urzeczywistnienie jej. Tylko znawca, lub osoba bardzo obyta mogłaby zgłaszać jakieś uwagi, bo zwykły człowiek, nie interesujący się okresem przed/międzywojennym nie będzie w stanie stwierdzić, że ktoś się pomylił, nieznacznie, ale pomylił w przypadku jakiegoś szczegółu.

I teraz najważniejszy punkt… Nie oczekujcie latających mózgów, krwi spływającej po ścianie, części ciała rozrzuconych po podłodze. Szepty to, po pierwsze, horror psychologiczny. A po drugie, to nie duchy grają główną rolę. Mają one na celu bardziej sugestywne pokazanie istoty samotności, która powoli wyjada od środka. Bo jej korzeń najczęściej znajduje się w umyśle, a nie gdzieś na zewnątrz. Duchy pomagają widzowi zrozumieć główną problematykę. I sprawiają, że nie jest ona wyłożona od tak sobie. ,,O, jej, Szepty, kolejne badziewie coś o duchach”. Nie. Nie kolejne BADZIEWNE coś. To DOBRE coś. A duchy to drugoplanówka, pamiętajcie o tym, jeśli będziecie zapoznawać się z filmem.

Zakończenie to czysty troll. W tym momencie powinien lecieć podkład muzyczny w postaci Pana Trololo. Interpretacja ostatnich minut filmu to rzecz indywidualna, każdy widzi to jak chce. Oglądałam ze znajomą i każda z nas miała inny pogląd na sprawę. Nieczęstym jest takie zakończenie, nieprawdaż? Takie… niejednoznaczne. I mam ochotę obejrzeć jeszcze raz. Tak jakoś… po głowie mi to chodzi. Odczuwam taką wewnętrzną potrzebę, może przez ciekawe pokazanie demonów umysłu. A może przez to, że w nieokreślony sposób historia ta jest mi bliska. I mnie poruszyła. I polecam. I zachęcam. I 4+. I nadużywam rozpoczęcia zdania od i

The Awakening/Szepty/Nick Murphy/2011

niedziela, 25 listopada 2012

Dee Shulman, Gorączka [Premiera 28.11.2012]


RECENZJA PRZEDPREMIEROWA
Ewa jest niepokorna. Nie potrafi znaleźć sobie miejsca w zwykłej szkole. Kiedy zostaje wyrzucona z kolejnej placówki, trafia do St. Magdalene’s – szkoły dla wybitnie uzdolnionej młodzieży. Po zajęciach w laboratorium przez nadmierną ciekawość, niezaspokojony głód wiedzy i sekundę nieostrożności Ewa zostaje zaatakowana przez tajemniczy wirus wywołujący groźną gorączkę. Umiera, ale po kilku minutach wraca do życia. wkrótce w szkole pojawia się tajemniczy Sethos Leontis, przystojny i mroczny nowy uczeń. To nieustraszony rzymski gladiator z II wieku naszej ery, który próbując rozwiązać zagadkę śmiertelnego wirusa, przeniósł się w czasie do współczesności. W dziewczynie Sethos rozpoznaje swoją ukochaną Livię, zamordowaną prawie dwa tysiące lat temu wcześniej. Ewa jednak go nie pamięta…

Ojojoj! Szkoła dla wybitnie uzdolnionej młodzieży! Niepokorna bohaterka! Przystojny i mroczny nowy uczeń. Noż nie wierzę! Znowu! Ostatni punkt, czyli mroczny nowy uczeń to podstawa. A raczej mroczny, bo czasem to osobnik już trochę uczęszczał do danej szkoły. Ale jest mroczny. Chowa się za płotami, wysyła głównej bohaterce groźne spojrzenia, biega ze swoją paczką, jest pewny siebie i niezagubiony i kopie ludzi za szkołą. A, nie, to nie to. Tym razem uczeń mrocznym jest tylko w opisie. Bo w książce już nie tak bardzo.

Główna bohaterka, czyli Ewa, nie jest aż tak niepokorna. Szczypta zagubienia, kubek jakiś dziwnych mocy (…), łyżka nieostrożności i bach! Ewa dostała wirusem! A potem odżyła! A Sethos też dostał wirusem! I on też odżył! I podróże w czasie! I jakiś psychopata! I tajemniczy doktor! I zazdrosna koleżanka! I świat gladiatorów! I reinkarnacja! I świat równoległy! I wianuszek adoratorów! I zespół muzyczny! I kółko teatralne! I akademik dla wybitnych nastolatków! To i może jeszcze wampiry! Wilkołaki! Czarownice! Więcej psychopatów! Duchy! A, nie, to znowu nie to. Choć nie zdziwiłabym się, gdyby wyskoczył w pewnym momencie jakiś wampiroczarownicoduchołak. Psychopata oczywiście.

Tak. Autorka, czyli Dee Shulman poszalała. I połączyła masę wątków w kupę. I trochę średnio jej to wyszło, ku mojemu niezadowoleniu. Przecież taki dobry pomysł, świat gladiatorów! Tylko jak łatwo można to skopać, przez zbyt małe zagłębienie się w temat. Były elementy łacińskie, był dom rzymski, były Togi, ale to jednak za mało! Ja chcę więcej! Nastrój Londinum w tamtych czasach! Albo jakąś namiastkę chociaż! To samo tyczy się szkoły, St. Magdalene’s. Brakowało mi obrazowości. Czegoś, co by sprawiło, że dla nas takie miejsce by istniało. Bo Hoghwart jakoś istnieje, w naszych umysłach. A St. Magdalene’s niestety nie.

Mogłabym się przyczepić jeszcze do wątku miłosnego, ale dam już spokój, bo zacznę zaprzeczać samej sobie. I ponownie dochodzimy do momentu, kiedy poprzez niedopracowanie autorka zniszczyła niezłą fabułę. Zniszczyła, ale i tak się dobrze czyta. Ekspresowo. Choć (tak, tak, powtarzam się) magii znowu mi brakowało. Szukam w książkach czegoś, co porwie moje serce od samego początku i potem zostawi w nim pustkę, ale Gorączka nie należy do takich powieści. I teraz Was zaskoczę, bo postawię 4-. Jestem trochę spaczona psychicznie przez anime, dlatego w książkach dobrych nieustannie doszukuję się błędów i wciąż czekam na coraz to nowe, po których zostanę w takim stanie, w jakim zostawił mnie Haruki Murakami po 1Q84. Albo w jakim zostawi mnie pewnie David Mitchell po Atlasie Chmur.

czwartek, 22 listopada 2012

Sting, 21.11.2012, Łódź [Back to Bass Tour]


Kiedyś nie sądziłam, że wybiorę się na koncert Stinga. Nie chodzi o to, że go nie lubię, ale po prostu mało grzebałam w jego twórczości. W pewnym momencie, wyszukując ciekawych muzycznych nowinek natrafiłam na wiadomość, iż w łódzkiej Atlas Arenie wystąpi Sting, a dwa dni po nim formacja Muse. Iść, czy nie iść… Na jeden, czy na dwa? Wygrał Sting. I to nawet lepiej, bo koncert Muse bodajże odwołano. Mam miesiąc czasu na chociaż pobieżne przypomnienie sobie jego największych przebojów.

Tydzień przed Wielkim Dniem – nawiedzona zostaję przez dziwną ekscytację. To zaczynam wyszukiwać jego randomowe piosenki i się z nimi lepiej poznawać. Englishman in New York, Desert Rose czy Roxanne – to huczało w moich głośnikach. Dzień przed – ostatnie przesłuchanie ukochanych Fields of Gold. Dwie godziny przed - o! Już otworzyli wejście! Ciekawe, ile tam jest osób. Godzina przed – o, jeszcze godzina. E, wcale nie ma tłumów. O, jaka ładna, kusząca barierka! Przycupnę sobie. 20:00 – gdzie jest Sting?! Tłum szaleje. Fale na trybunach. Krzyki. Gwizdy. Siedem minut później – o, co oni tak krzyczą? Czyżby Sting? O! Sting! Nic nie widzę…

Tak. Właśnie. Nic nie widziałam. Przed połowę pierwszej piosenki. Bo potem wycwaniłam się i dokonałam emigracji na koniec płyty. A tam, luźno, luz, blues i orzeszki, można popląsać, jeśli ktoś tego pragnie, można pośpiewać, nikt na nikogo nie wpada. Atmosfera z tyłu była boska! Gwiazda wieczoru zaczęła If I Ever Lose My Faith In You.  To już był początek procesu zdzierania gardła. Piosenkę zakończono gromkimi brawami wielotysięcznej widowni (nie żartuję! Ludzi od *ykhym*, a jeszcze na płytę trochę by się ich zmieściło). I potem, tak trochę znienacka, Englishman in New York. I radość na mojej twarzy. Śpiewamy razem ze Stingiem refren, każdy w miarę swoich możliwości (czyt. na tyle, ile kojarzył tekst). I potem powoli ilość piosenek zlała się w jedno. Gdzieś przy czternastej straciłam rachubę. A zagrał ich około dwudziestu.
Taaakie tłumy!

Dwadzieścia piosenek. Dwie godziny głośnej muzyki. Ból kolan. Ale to nie ważne. Warto było poświęcić pieniądze na DROGIE bilety. Warto, ale bilety mogły być tańsze. Jednakże, koncert Stinga to duże wydarzenie. I trochę czasu minie, zanim kolejna gwiazda jego formatu do Łodzi przybędzie. Wracając do samego koncertu – jaki on ma mocny głos! I ten koncert to było mistrzostwo! Na Message in the Bottle coś we mnie dźgnęło. Na Fields of Gold, mojej najukochańszej piosence łzy zaczęły tak niepozornie lecieć. Pary ruszyły do wolnego tańca.  Na Shape of My Heart też można płakać, bo to kolejny wzruszający utwór. Wykonanie Roxanne i czerwone światła – tego nie da się opisać słowami. Cała widownia, zgodnie, na prośbę, śpiewała razem z nim. I cała widownia pewnie nie zapomni tego do końca życia.

Co więcej, po parunastu piosenkach, kiedy to wokalista i jego zespół stoczyli się ze sceny, część ludzi zaczęła wychodzić. To był błąd. Reszta, ta co została, of course zaczęła krzyczeć. I Sting wrócił. Razem z Desert Rose. Potem dał nam to, co każdy powinien kojarzyć – Every Breath You Take. I znowu zszedł. I ludzie znowu ruszyli do wyjść. A Sting ponownie wraca i ponownie gra …

Ponarzekać mogę trochę na organizację w Arenie, na utrudnienia na parkingach, na ścisk na ulicach, na słabe oznakowania. Ale sam występ to cudo. Wzruszające Fields of Gold, End of the Game, energiczne Roxanne, świetny głos Stinga, dobry dobór utworów, niezły zespół. Właśnie dlatego uwielbiam koncerty. Emocje są zawsze świetne… To uczucie, kiedy widzisz wykonawcę, którego lubisz na żywo. Kiedy możesz z nim zaśpiewać… I jak tak wczoraj pomyślałam, że to już koniec, że czas już wyjść, to mi się smutno zrobiło. Na pewno nie zapomnę tego dnia. I mogę powoli tworzyć listę koncertowych marzeń. Kiedyś spełnię je wszystkie!

[Zdjęcia z Gugla]

środa, 21 listopada 2012

HEY, Do Rycerzy, do Szlachty, doo Mieszczan


Z HEY nigdy nie miałam zbyt dużej styczności. Serio. Znałam List, znałam Kto tam? Kto jest w środku?, znałam Moja i Twoja nadzieja. I na tym moja znajomość z zespołem się kończyła. Pewien listopadowy czwartek – siedzę sobie i słucham ESKArock. Aż tu nagle… Piosenka. Ładna. Taka w moim typie. Tajemnicza. Wejściówka ma w sobie niezaprzeczalną magię. Głos podobny do Meli Koteluk. Nie skojarzyłam, że to HEY. A to HEY! I ich pierwszy singiel, z nowiutkiej, nieśmiganej płytki… Do Rycerzy, do Szlachty, doo Mieszczan. Nie, nie będę męczyć na youtube tylko tej jednej piosenki. Nie. Tym bardziej, że mam aplauz ze strony rodzicielki, której przeważnie muzyka słuchana przeze mnie się nie podoba. To jazda. Do sklepu. Kupić płytę.

I zaczynamy słuchać. Wita spokojna, stonowana Wieliczka, niezbyt przypominająca poprzednie utwory HEY, przynajmniej te, które znam (…). A jako że artysta powinien się rozwijać, to OK, poszli w inną stronę, może dobrze im wyjdzie. Może, ale nie musi. Ile ja się nanarzekałam na nową płytę Linkin Park na przykład.. Ale nie, HEY początkiem płyty już powoli zaczynają mnie zdobywać… Oprócz Wieliczki na uwagę zasługują także- Wilk vs. Kot, Lot pszczoły nad tymiankiem , czyli dziwny tytuł, dziwna treść, ogółem dziwna piosenka. Ale ile przecież można ukryć w pozornie prostych słowach: I żeby tylko nie dać zmiażdżyć się Kolosom, Gorgonom nie dać się wzrokiem obrócić w kamień.  Kasia Nosowska pisze bardzo, ale to bardzo liryczne teksty, pełne metafor, peryfraz i niedopowiedzeń, które można interpretować na różne sposoby. Rzadką sztuką wykonaną przez nią jest to, iż, uwaga, uwaga, każdy w słowach może dostrzec coś innego!

Aranżacje niby nieskomplikowane, bo klawisze, gitary (prześwietne, zapadają w pamięć), dzwonki, ale nie można, po prostu nie można zapomnieć o tym, że w muzyce HEY ważnym, a może nawet i najważniejszym instrumentem jest głos wokalistki! Nieco zachrypnięty tembr doskonale nadaje się do wyśpiewania zwykłych słów, które razem tworzą arcydzieło. Choć ta płyta arcydziełem nie jest. Jest 5(!!!) zniewalających piosenek, ale jest też parę przyjemnych dla ucha, jednakże nie wpadających głęboko do serca – np. Lilia, kula i cyrkiel. Może to i jeszcze nie czas na ten utwór, przynajmniej w moim przypadku. Może go niedługo pokocham, tak bez powodu…

Jestem płytą zaskoczona. Naprawdę zaskoczona! I zakochana, tak, o!, to też! Zakochana w tytułowym utworze. Jest piękny. Melancholijny. Niepokojący. Jest doskonałą kwintesencją całej płyty. Ma przekaz. Jest czymś, z czym powinniśmy kojarzyć Polską muzykę.  A niestety wiele osób Polską muzykę kojarzy z Dodą. A gdzie miejsce dla Soyki, Turnaua, Greuchuty, Kaczmarskiego,  Niemena? Dla Marcell, Dąbrowskiej, Perfectu, Lady Pank, Bartosiewicz? Dla Brodki, T. Love, Kultu? A to tylko część naszych rodowitych wykonawców zasługujących na uwagę. Oni pokazują, że Polak potrafi, że może być lepszy od zachodnich popowych kawałków, brzmiących wszędzie.

 Jako całokształt zaszaleję i ocenię na 5, szkolną i mocną. I zaznaczę, że nowa płyta HEY do łatwych w żadnej sekundzie nie należy. A co więcej, każdy w niej usłyszy to, co chce usłyszeć. Zrozumie to, co jego sercu bliskie jest. A muzyka w słuchaczu pozostanie i nie da mu żyć. Toż to zwykły lęk…  

Natenczas, zostawiam Was z moimi odczuciami dotyczącymi nowej płyty HEY i pędzę, tak, na koncert. Nie HEY, bo koncert HEY będzie dopiero 08.12(bilety już mam). Nein, idę na Stinga i postaram się popełnić potem jakąś relacyję. Krótką nawet, ale...


sobota, 17 listopada 2012

Ewa Nowak, Drzazga


W poukładanym świecie szkolnej prymuski Marty wszystko byłoby idealne, gdyby nie… drzazga- nielubiana, antypatyczna i złośliwa siostra Jagna. Jakie są powody zachowania Jagny i czy dziewczynom uda się znaleźć drogę do porozumienia? Seria miętowa to współczesna Polska : aktualne problemy, radości i tematy z życia tu i teraz.

Zawczasu miałam niemałą fazę na książki Ewy Nowak. Wtedy, w ciągu paru tygodni, przeczytałam wszystkie, jakie tylko były w bibliotece. Czyli wszystkie, które w zeszłym roku były już na półkach sklepowych. Potem dorwałam Dane Wrażliwe, nieco zasmucona, że są małe, minimalne powiązania z postaciami z książek poprzednich – czekałam na niejaką kontynuację ich losów… A teraz mam Drzazgę, nową powieść Ewy Nowak z miętowej serii, kolejną, która na wstępie ma słowa utworu Kaczmarskiego, kolejną, która porusza ważny problem.

Nie do wiary jest to, że rodzice mogą faworyzować jedno dziecko, a drugie odtrącać. Przynajmniej ja w to nie mogę uwierzyć. Bo jest to nieludzkie… A tym bardziej, ze dwójka dzieci cierpi. To faworyzowane ma wrażenie, że jego rodzeństwo jest okropne, nie chce go w domu, uważa, że niszczy mu życie, a to odtrącane uważa mniej więcej podobnie, tylko że w kierunku nie tylko rodzeństwa, a rodzica. Ale przynajmniej otworzyło mi to oczy na parę spraw, bo Ewa Nowak, jak zawsze, upchnęła w książce parę życiowych cytatów. Normalnie jej seria mogłaby służyć jako przewodnik dla młodzieży, tyle tam różnorodnych przypadków życiowych, że każdy znajdzie coś dla siebie.

Zawiera ona dynamiczne przemiany bohaterów, skutki różnych znajomości, wszystkie wydarzenia przedstawia w świetle psychologicznym. I dla mnie dobrze, bo uwielbiam sama psychologizować , szukać motywów, łączących się wątków. Ale… Technicznie.. Zabrakło mi czegoś! Ten język jest taki trochę za prosty, za mało złożony. Do tego problematyka niezła, ale to nie zmienia faktu, że postacie nowe są bardzo podobne do wcześniejszych. Śmiem twierdzić, że te nowsze książki z miętowej serii są gorsze, bo może i tematy się nie kończą, ale wszystko jest takie.. przewidywalne i schematyczne. I takie normalne. Już na za normalne, bo właśnie kiedyś Seria miętowa dodawała trochę szaleństwa i fantazji naszym umysłom, czyż nie? Bohaterowie nieco przejaskrawieni, być może to świadomy zabieg literacki, ale jednak zachowywali się sztucznie, nieco inaczej, niż jak zachowują się gimnazjaliści w dzisiejszych realiach. Akurat wreszcie mam porównanie, bo wcześniej było to dla mnie abstrakcją. Co więcej, ich wybory nie należą do mądrych, a wreszcie, główna bohaterka nie jest tą świętą, to ona właśnie uczy się wychodzić na prostą, to ona powoli dojrzewa do zrozumienia aktualnej sytuacji w jej rodzinie i w szkole.

Ja się zawiodłam. Fabularnie się zawiodłam. Ale tajemnicą Poliszynela jest to, że nie ważne, jak bardzo Ewa Nowak skopie fabułę czy warsztat, to i tak będzie dobrze się czytało. Jej twórczość naprawdę czegoś uczy. Może wydawać się nienaturalna, nudna, sztuczna, absurdalna, lecz każda lektura otworzy nam oczy. Może na szczegół, może na coś poważniejszego. I być może odmieni trochę nasze życie. Nieznacznie lub znacznie. Pomoże kształtować poglądy… Podejmować decyzje.. 3. Fani przeczytają. Ale Ci, którzy z Ewą Nowak nie mieli styczności, może niech lepiej zaczną od początku serii…

niedziela, 11 listopada 2012

Maja Lidia Kossakowska, Grillbar Galaktyka


To nie jest książka o gotowaniu. To nie jest książka o kuchni. To fantastyczna przygoda, szalona podróż przez cały kosmos, to szok, dowcip, inteligencja i zagadka kryminalna. Koniecznie przeczytajcie, co najlepszy szef kuchni wśród pisarzy i najzdolniejszy gawędziarz pośród szefów robił, kiedy go nie było!
Saanti Wrtt, magazyn Galaxia

Czasem mam wrażenie, że jak autor napisze jedną książkę, którą będzie się chwalić zawsze i wszędzie, to kolejne mu nie wyjdą. Dlatego też, po lekturze Siewcy Wiatru nie tykałam się innych książek Kossakowskiej, choć niektóre z nich wylegiwały się na mojej półce i usilnie starały się przyciągnąć mą atencję. Nic z tego, zostały zignorowane. Aż tu nagle…

…w trakcie zakupowego szaleństwa w księgarni (rabat -25% to nie byle co!) dostrzegam Grillbar Galaktyka, który jakby promieniał. Jakbym to jego miała właśnie kupić. Przypomniawszy sobie, że ta książka ,,chodzi” za mną dość długo – a jak książki za mną ,,chodzą” dość długo, to znaczy, że coś jest na rzeczy i mogą być świetne – kupiłam ją. I przeczytałam. A teraz o niej piszę. Bo drodzy Czytelnicy, Grillbar Galaktyka to kolejna dobra książka w dorobku pani Kossakowskiej. Cieszmy się i radujmy. I czytajmy.

Książki z taką dawką humoru mogę pochłaniać tonami. Zgrabne połączenie komizmu sytuacyjnego z postaciowym i słownym sprawia, że w pewnym rozdziale, dokładnie w trzecim, przez całe pięćdziesiąt pięć stron płakałam ze śmiechu. Dosłownie. Autorka stworzyła tak zabawną sytuację, momentami ocierającą się o absurd, że niemożliwym jest, by siedzieć z pokerową twarzą w trakcie lektury. Później jest troszkę mniej zabawnych sytuacji, być może z uwagi na nieco poważniejszy nastrój, ale jednak cała powieść spokojnie zasługuje na miano jednej z lepszych komedii XXI w.

Do tego… Kosmiczna kuchnia? Tworzona głównie od podstaw, z tłumem pojęć i nazw, których zrozumienie i zapamiętanie to nie lada wyzwanie. I nie tylko nazwy dań i składników autorka wymyślała. Stworzyła jeszcze rasy, tak różnorodne, tak ciekawe i w sumie tak śmieszne, że ciężko szukać drugich takich w książkowej galaktyce. Najbardziej do gustu przypadły mi Pluszaki, ale miałam i wciąż mam problem z wyimaginowaniem ich w umyśle. Tak samo jest z Pieczarami. Czy Bulwami. Czy innymi istotami. Nie jest tak, że autorka poskąpiła opisów, po prostu stworzenia te są tak osobliwe, że nie mam żadnego punktu oparcia, by sobie je wyobrazić.

I teraz… Książka o gotowaniu? Nie. Grillbar Galaktyka nie jest to opowieść o gotowaniu. Jest to opowieść o przygodzie. A podłożem tej przygody są kulinarne doświadczenia naszego głównego bohatera, Herma. I jego gust. I jego problemy. I chęć zawładnięcia świata papką. A on jest przeciwny papce. Bo kto by chciał wcinać dzień w dzień jakiegoś gluta, który nie ma smaku? Na pewno nie ja…

Cieszę się, że ją kupiłam. Spędziłam niesamowity wieczór z Hermem, Silaną, Bulwami, Pieczarami, papką i ekipą z Płaczącej Komety (to restauracja, w której Herm szefem kuchni był). Taka dawka humoru, taka genialna historia, tacy zadziwiający bohaterowie…  Może i nie jest to mój przeukochany Siewca Wiatru i źle robię, patrząc przez pryzmat tej powieści na nowy twór Kossakowskiej, ale tak już mam. Pozostaje mi tylko zachęcać Was, abyście bezzwłocznie po Grillbar sięgnęli. Sądzę i mniemam, iż nie pożałujecie, tak jak ja.  Dlatego, na koniec 6, pomimo tego, że czasem nieco główny bohater zbytnio przesadyzował. A to się rzucało w oczy. Ale jako że ja też mam nieco przesadniczą naturę, tolerowałam to. 

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...