Być może pamiętacie moje zachwyty nad filmowym Intruzem. Teraz pomnóżcie to razy trzy. Wyjdzie Wam autorka Ziemniaczarni rozemocjonowana tak, że nie może spać. Nie cieszyłam się zbytnio na Miasto Kości. Znajome podsyłały mi zdjęcia z planu, różne informacje o obsadzie i takie tam, a ja to szczerze pisząc miałam w nosie. Nawet zaczynałam powątpiewać, czy do kina pójdę. W tym momencie należy bić brawo mojej zacnej soulmate, dzięki której zaczęłam się cieszyć na MK i razem wylądowałyśmy na seansie.
