(Wpis sponsorowany przez mój portfel. Spowodowany tym, że aktualnie nie czytam niczego oprócz przewodnika po Tajlandii.)
O rosyjskim przebąkiwałam od jakiegoś czasu, ale byłam świadoma, że jestem zbyt leniwa, by sama się go systematycznie nauczyć. Próbowałam tak z chińskim, wtajemniczeni wiedzą, jak to się zakończyło. Na szczęście z pomocą przyszła nowa szkoła (pozdrawiam nową szkołę) i fakt, że wszystkie klasy mają jedną godzinkę w tygodniu. Wystarczająco, żeby w miarę ogarnąć umysłem podstawy.
My zaczęliśmy jak Bóg nakazał, od alfabetu. Mniej więcej pewnie orientujecie się, że cyrilica jest dziwna. Tzn. że litery, które w Polsce wzięlibyśmy za jedno, tam są czymś innym. Niezwykle to utrudnia pracę. I na drugich zajęciach, kiedy to na oczy zobaczyłam jeden z takich dziwnych okazów, zrozumiałam, że będzie zabawnie. Każdej lekcji rosyjskiego towarzyszy śmiech moich kompanów z klasy. Głównie przez odwrócone R. Albo przez Pi i Pi z jeszcze jedną pałeczką. Witamy na lekcji języka rosyjskiego!
Moja
przygoda z językiem hiszpańskim zaczęła się… gdy miałam około 9 lat!
Poczytywałam sobie wtedy książki Cejrowskiego, a że używał on paru słów właśnie
w tym języku, postanowiłam je spisać i się ich nauczyć. 3 lata później dorwałam
się do książki mojej rodzicielki do nauki hiszpańskiego, wykułam liczby od 1-10
i alfabet. Od tego czasu minęły kolejne 3 lata, a ja znów do hiszpańskiego
wróciłam, mam nadzieję, że tym razem solidniej, bo zdobyłam kurs z wyjątkowej
serii Wydawnictwa Edgard. O mojej przygodzie z j. chińskim możecie przeczytać
tutaj, a dzisiaj na warsztat pójdzie właśnie kurs do nauki j. hiszpańskiego!
Zaczynamy
od podstaw podstaw, czyli od wymowy. Autorka tłumaczy krok po kroku, co jak się
wymawia, w których przypadkach, do tego dorzuca parę przyjemnych ćwiczeń
utrwalających wiedzę. Gdy już jakoś ,,ogarniemy” wymowę, możemy ruszać dalej,
tym razem naszym challengem będą pierwsze kontakty. I tu także nie ma problemu,
marginesy pokryte są pomocnymi słówkami, do tego – odmiana, taaak! Dwa
podstawowe czasowniki ser (być) i llamarse (nazywać się) + ja, ty, my, itd.
Umiemy
już odmieniać dwa podstawowe czasowniki? Bardzo dobrze! Możemy teraz ruszać
dalej i kontynuować naszą przygodę z niezwykłym językiem, jakim jest język
hiszpański. Dlaczego akurat jego chciałam się uczyć? Bo jakoś tak… Wydaje się
być ciekawym językiem, a moją ambicją (kolejną zresztą), jest bezproblemowe
porozumienie się w ojczystym języku mieszkańców Hiszpanii, kiedy tam się wybiorę.
I oczywiście, poszerzenie swoich horyzontów, bo ten język może się przydać w
niejednej sytuacji.
Wydawnictwo
Edgard jest naprawdę dobrym wydawnictwem językowym, kursy przez nich wydawane
(piszę to na podstawie styczności z dwoma), wydają się być bardzo porządnie przygotowane,
dopracowane z myślą o początkujących. Wiedzę przekazują partiami, stopniowo, by
mózg mógł w spokoju przyswajać nowe informacje, możemy sami sobie dawkować,
czego chcemy się w danym momencie nauczyć.
Podsumowując,
jestem jak najbardziej usatysfakcjonowana, choć, zaznaczam, do tych kursów
potrzebna jest dawka chęci. Nie ma ,,hop-siup” i umiemy. Trzeba usiąść,
poświęcić czas, posłuchać płyt, zagłębić się w to, a wtedy na pewno otrzymamy
zadowalające rezultaty!
Za
kurs bardzo serdecznie dziękuję Pani Małgorzacie i Wydawnictwu Edgard!
***
I nuta na dziś, doskonała do robienia sałatki pseudogreckiej :D
Nie dawno coś dziwnego pojawiło się w mojej głowie- mianowicie postanowiłam w wakacje nauczyć się podstaw różnych języków. No okej, da się zrobić. W tym celu upatrzyłam sobie bardzo ciekawą serię książek do nauki –wydawanych przed Wydawnictwo Edgard. Na pierwszy ogień miał pójść rosyjski, ale jakoś tak wyszło, że w jednak nie i… w moje łapki trafiła książka ,,Chiński nie gryzie!”. I takim sposobem rozpoczęłam swoją przygodę z tym osobliwym językiem.
Chiński alfabet, tzw. krzaczki(tak można to nazwać) przypomina mi troszkę japoński, który nie jest mi obcy(za dużo anime), więc mniej więcej wiedziałam, jak uczyć się kaligrafii. Gdy otworzyłam książkę, postanowiłam nauczyć się czegoś łatwego… Pierwszego dnia nauczyłam się tonów i dzień dobry(pisowni też). Dodatkowo… Shi, wo shi Marta! Czyli, tak, jestem Marta.
Walka z tonami była niezwykle… prosta! Wyróżnia się cztery tony i dzięki takim fajnym znaczkom nad daną literką można zrozumieć, jak akcentuje się dane słowo. Jeżeli przecinek nad i(no, wygląda to jak przecinek) jest skierowany dołem w prawo, to jest to ton opadający. Jeżeli jest skierowany dołem w lewo, to jest to ton wznoszący. Jeżeli nad daną literką jest coś takiego jak uśmiech, to jest to ton opadająco-wznoszący, a jeżeli pozioma kreska- równy. To tak w skrócie.
Z książki(w sumie nie wiem, czy mogę nazwać to książką. Może bardziej podręcznik? A, wiem! Kurs!) łatwo się uczy, ponieważ jest przejrzyście podzielona na kilka rozdziałów tematycznych. Więc jak chcemy się dowiedzieć czegoś z danej dziedziny, to nie musimy przegrzebywać całego kursu, tylko sięgamy do danego działu. Do tego ma z tyłu słowniczek i puste pola do nauki chińskich znaków – baaardzo przydatna rzecz, uwierzcie mi. Można się dzięki temu nauczyć dokładnie, jak stawiać znaki.
Cieszę się, że mogłam zacząć naukę właśnie tego języka, ponieważ bardzo chciałabym kiedyś móc napisać jakąś kartkę z postcrossingu całą po chińsku tak, żeby dany chińczyk mnie zrozumiał. Naprawdę polecam rozpoczęcie swojej przygody z chińskim od tej książki, bo warto wydać na nią pieniądze. Uczy się łatwo, prosto i przyjemnie, bawiąc się przy okazji. Ćwiczenia kończące każdy dział wpływają na dobre utrwalenie wiadomości, a szata graficzna zachęca do dalszych ćwiczeń. Jestem jak najbardziej zadowolona i polecam! A teraz biegnę uczyć się ,,krzaczków” dalej, bo nic nie jest lepsze od satysfakcji z dobrze napisanego znaku :D