40 najlepszych piosenek na zimę! Ostatnia
składanka przed końcem świata! Z natury uwielbiam składanki. Co roku
zaopatruję się w co najmniej jedną, na której znajdą się wszystkie hity towarzyszące
mi przez minione dwanaście miesięcy. Odczucie świetne, gdy ma się wszystko w
jednym miejscu, można też sobie przypomnieć o paru utworach zapomnianych,
poznać coś nowego.. Tylko trzeba ostrożnie dobierać składanki. W marcu bodajże
kupiłam prześwietny zestaw sygnowany nazwą RMF
HOT NEW 2012, teraz mam ZIMA 2013
podpisany przez radio eska. Zapowiada się nieźle, widzę Asafa Avidana (cover
jego piosenki jest wielkim hitem, choć jak to zwykle bywa, oryginał jest lepszy
pod każdym względem), Chrisa Browna (nie ważne, że piosenka zamieszczona w
gronie 40 najlepszych piosenek na zimę
już latem była hitem, nie ważne), Ushera, P!NK, Gossip, kurczę, nawet Enej jest
i niespodziewani Poets of the Fall.
poniedziałek, 31 grudnia 2012
niedziela, 30 grudnia 2012
Stos 32
Stosy dwa, ten lewy to głównie prezenty, o Wróżbiarzach Libby Bray pisałam niedawno, nową książkę Cassandry Clare już przeczytałam, a J.K. Rowling i Murakami czekają w kolejce. Dziedzic Wojowników i Dotyk Gwen Frost są do recenzyi od nastka, Dotyk Gwen Frost przeczytałam i skrytykowałam, nowa książka Chimy jednak wepchnięta została do kolejki. A dlaczego takie dobre i ciekawe książki poczekują? Odpowiedź widać na stosie, jako hm, być może najbardziej rzucającą się w oczy rzecz, czyli Kindelek! Czytnik sprawiła mi rodzicielka na gwiazdkę (świetny zbieg okoliczności mi wyszedł - nie wiedząc jeszcze o prezencie napisałam u engi, że chyba sobie niedługo sprawię czytnik) i już się zakochałam w moim kindlątku. Pojemny, nie razi oczek, choć ceny ebooków i u nas i na amazonie są nieco przerażające.
A tutaj - moja perełka, album o Monecie, moim ulubionym malarzu obok Salvadora Dali (album z jego biografią i pracami też mam). Na tym - zimowa składanka od merlina (dzisiaj chyba będę o niej pisać, krew się poleje) + przypinka z Monkey D. Luffym.
Podsumowanie roku jakoś wrzucę jutro lub pojutrze. Albo inaczej - do końca tygodnia. A teraz ~celebration~, jutro Sylwester! Macie jakieś plany? Mam nadzieję, że moje uda się zrealizować (np. może uda się mi zrobić maraton LotR)
piątek, 28 grudnia 2012
Anne Bishop, Królowa Ciemności
Po złożeniu ofiary Ciemności Jaenelle Angelline panuje jako Królowa Ebon Askavi, strażniczka Królestwa Cieni. Aby ochronić swój lud i ziemię przed skażonymi Krwawymi, musi stoczyć bitwę, wyzwolić straszliwą moc Czarownicy i na zawsze zniszczyć wszystkich swoich wrogów. Jednak do walki nie może stanąć sama. Do królestwa przybywa oswobodzony z szaleństwa Daemon, przeznaczony jej Małżonek. Jego bezgraniczna miłość cementuje Ciemny Dwór i umacnia rządy Jaenelle, jednak nawet ich wspólna siła może być niewystarczająca, by powstrzymać nadciągające zło. Tylko największa ofiara ze strony Jaenelle może ocalić tych, których kocha – i królestwo, które przysięgła strzec.
Aaaa!
Faza na fantastykę dziko nadeszła! Jak dobrze, że przezornie, jakiś czas temu,
zaczęłam gromadzić na półce wszystko, co choć trochę pachnie fantastyką.
Odkładałam i odkładałam, składowałam i składowałam z nadzieją, że ochota na
historie dziejące się poza naszym światem pojawi się w najbliższym czasie. I
pojawiła się! W zanadrzu, jako gwiazdkowy prezent, miałam trzecią część Trylogii Czarnych Kamieni. Wspominając
dwa pierwsze tomy, które czytałam bodajże półtora roku temu, wróć, wspominając
bardzo dobrze dwa pierwsze tomy z radością ruszyłam w kierunku trzeciego, żeby
w swoim umyśle historię zamknąć i spojrzeć, co Anne Bishop zgotowała swoim
bohaterom.
Powrót
do krainy, którą pokochało się od pierwszej strony to niesamowite uczucie.
Ponowne spotkanie bohaterów, z którymi przezywało się niezapomniane chwile,
kibicowało się przy ich nie zawsze prostych decyzjach, przyglądało się powoli
kształtującymi się przyjaźniami, związkami czy uczuciami nienawiści. Uwielbiam
tak wracać! A tym bardziej, że Trylogia
Czarnych Kamieni kojarzy się mi z przyjemnymi wydarzeniami, co za tym
idzie, przyglądając się Jaenelle, Daemonowi, Lucivarowi, Dorothei, Surreal i
Saetanowi mogłam powspominać to, co w moim życiu działo się półtora roku temu.
Takie mam zboczenie, przywiązuję książki i utwory muzyczne do danych wydarzeń z
mojej egzystencji. Przydatne to dość…
Bohaterowie
bohaterami, trzeba im poświęcić cały akapit! A dlaczegóż? Wpłynął na to fakt,
że są to świetnie wykreowane postaci. Każda z nich kryje w sobie inne motywy
zachowań, każda, choćby mała zmiana ich charakterów jest doskonale
udokumentowana, każdy z nich jest inny, a co najważniejsze – nie ma widocznego
podziału na dobro i zło. Bo nawet ci dobrzy mają mroczne strony, których nie
boją się ukazać, by coś osiągnąć. Chyba na najwięcej fanfar zasługuje Daemon
Sadi, zwany Sadystą, który z przerażającego mężczyzny, który w pełni zasługuje
na przydomek, zmienił się w kruchego, delikatnego człowieka pragnącego
zainteresowania i miłości. Królowa
Ciemności przypomniała mi, że od przeszłości nie da się uciec, nie da się
jej zapomnieć, wbrew temu, co niektórzy twierdzą. Nasza przeszłość kształtuje
nasz charakter i to właśnie ona wpływa na to, kim będziemy w przyszłości.
Może i nie napisałam dużo o tej powieści, ale to nie znaczy, że nie warto jej czytać. Warto, warto, jest to dobry kawałek fantastycznego świata dla osób, które wielkimi znawcami fantastyki (ojej, coś za dużo w tym tekście o fantastycznej fantastyce używam słowa fantastyka). Moja ocena, tak na koniec – 5+. I będę dalej wspominać bohaterów, sytuacje, Kaeleer, Terreille, intrygi, Krewniaków, Krwawych, kamienie (czarne są najfajniejsze!), w sumie wszystko! Aaa, i zdobędę różne zbiory opowiadań Anne Bishop dotyczące uniwersum czarnych kamieni! O, jeszcze jedno. To książka dla dorosłych. Żeby nie było, że nie ostrzegałam.
środa, 26 grudnia 2012
Gwen Hayes, Śniąc na Jawie
Niebezpieczeństwo nie zawsze wita cię obnażonymi kłami. Niekiedy uwodzi delikatną pieszczotą, westchnieniem rozkoszy, a potem dopiero zmienia się w krwiożerczą bestię. Z miłością jest tak samo. Miłość uwiodła moje serce i duszę, zmieniła mnie na zawsze, a potem – jedną złożoną pod przymusem przysięgą – wystawiła na straszną próbę moje człowieczeństwo. A mimo to nie żałowałam. Tak właśnie myślałam, kiedy przenikałam pozaziemską zasłonę rozdzielającą dwa światy: ten, w którym powinnam żyć, i ten, z którego uciekłam. Świat Podziemia.
Jak się nanarzekałam na paranormalne romanse ostatnimi
czasy, tak trafiłam wreszcie na coś porządnego. Dobrze wspominam Strąconych Gwen Hayes, czytało się
bardzo przyjemnie, fabuła była ciekawie wymyślona, akcja nieźle poprowadzona.
Oczywiście, mogłam źle pamiętać, i część druga mogłaby być kompletnie nie na
poziomie, nienadająca się do czytania. A jednak … Jest dobrze!
Wreszcie nastoletnia miłostka jest na wyższym poziomie! Autorka
nie bawi się w dziecinne zauroczenia, chodzi tu bardziej o poświęcenie, wspólne
przywiązanie i uczucie takie, które nakazuje oddać swoje życie za osobę ukochaną.
Brzmi trochę utopijnie i być może stwierdzicie, że takie rzeczy się nie zdarzają,
ale wtedy ja odpowiem krótko – wystarczy tylko uwierzyć, a wtedy wszystko będzie
możliwe. Właśnie, wiara. Wiara prowadziła Theię dalej, dawała jej siłę do walki
z demonami (nie tylko jako istotami, ale też demonami przeszłości i umysłu). Co
więcej, Gwen Hayes postanowiła rozwinąć wątki przyjaciółek Thei – Amelii i
Donny, dwóch skrajnych osobowości. Męskie sylwetki nie zostały jednak pominięte,
główne skrzypce gra Haden, ale autorka nie zapomniała o paru postaciach
wspomnianych w części pierwszej i dała im trochę linijek na rozwinięcie swojej
historii.
wtorek, 25 grudnia 2012
Libba Bray, Wróżbiarze
Lata dwudzieste w Nowym Jorku. Chłopczyce i tancerki rewiowe, jazz i dżin. Czasy po wojnie, ale przed kryzysem. Dla pewnej grupy złotej młodzieży to okazja, by bawić się jak nigdy wcześniej. Dla Evie O’Neill to ucieczka. Nigdy nie pasowała do małego miasteczka w stanie Ohio, a kiedy wywołuje kolejny skandal, rodzice wysyłają ją do wielkiego miasta, by zamieszkała z wujem. Dla dziewczyny to nie wygnanie, a spełnienie marzeń – szansa, by pokazać, ze jest nowoczesna do szpiku kości i niewiarygodnie odważna. Niestety, Nowy Jork to nie tylko jazz i rewia. Ma swoją mroczną stronę. W mieście giną młodzi ludzie. Zbrodnie te nie są popełniane w afekcie. Są okrutne. Starannie zaplanowane. I niepokojące podobne do ilustracji z zapomnianej księgi. A nowojorska policja nie potrafi samodzielnie rozwiązać tej sprawy. Evie nie uciekała jedynie przed ograniczeniami życia w Ohio, lecz również przed świadomością, czego może dokonać. Ma tajemnicę. Niezwykłą moc, która mogłaby pomóc w złapaniu zabójcy – o ile on nie dopadnie jej wcześniej.
Każdy,
kto kiedykolwiek utknął w świecie książki tak, że nie był w stanie wyrzucić jej
z umysłu zrozumie moje uczucia. Każdy, kto historię pokochał tak mocno, że nie
był w stanie nawet wstrzymać lektury w celu chociażby zapalenia światła mnie
zrozumie. Każdy, kto czytał poprzednie książki Libby Bray też powinien mnie
zrozumieć. Każdy, kto zazwyczaj czuje mentalną więź z bohaterami, zrozumie to,
co przechodziłam podczas lektury Wróżbiarzy.
Ciężko mnie samej w to uwierzyć, bo moim przeświadczeniem było, że tylko przy 1Q84 i Atlasie Chmur miałam problem z pisaniem i że to już nie powinno się
powtórzyć. Myślenie błędne. Bo zaczynam czytać nową powieść pani Bray, czytam,
czytam, za oknem ciemno, wypadałoby wstać, zapalić światło, nie, nie mogę, bo
uwiązana nitkami fabuły i akcji niezdolna jestem do ruchu. Rzadkością są takie
uczucia podczas czytania, nieprawdaż? Wiele powieści wciąga czytelnika, ale niewiele
jest tych, które TAK MOCNO wejdą mu w umysł, TAK MOCNO zaczepią w nim swoje
haczyki, że potem będzie miał problem z zapomnieniem.

Nowy
Jork w latach ‘20 jest opisany tak magicznie, tak wspaniale, tak namacalnie,
przynajmniej dla osoby, która o latach ‘20 wie mało, a nawet bardzo mało. Libba
Bray już Mrocznym sekretem i
kontynuacjami pokazała, że pisze dobrze, ba, że pisze fantastycznie, a Wróżbiarze to wisienka na torcie, stwierdziłabym
nawet, że być może to dzieło jej życia, że już niczym więcej nie pobije swojej
ostatniej książki. Nadal nie rozumiem, co mnie aż tak bardzo oczarowało? Może
Jericho? Może genialnie uknuta intryga? Może główna bohaterka, która pod
płaszczem imprezowiczki i lekkoducha skrywa dziewczynę, która chce żyć na
przekór normom? W sumie jej się nie dziwię, może i po pierwszej wojnie
światowej kobietom żyło się lepiej, niż w XVIII lub XIX wieku, ale wciąż to
było dalekie od ideału. Ale nadal nie wiem, co dokładnie wpłynęło na mój obecny
stan. Załóżmy, że tak po prostu ma być i już. O, mam nowe porównanie – ta książka
jest trochę jak narkotyk, nie pozwala się od siebie uwolnić.
Potok
słów różnorodnych wylewa się z moich palców, lecz nadal nie wyraziłam
wszystkich swoich uczuć. Ach, ten odwieczny problem, gdy książka jest tak świetna,
że nie da się tego opisać słowami. Libba Bray mnie zaczarowała i teraz będę Wróżbiarzy chwalić wszędzie. I każdemu.
I mam nadzieję, że tak pozostanie przez długi czas. A teraz krótka lista
faktów, które mogą zachęcić do lektury – pomimo objętości, historia się nie
dłuży; Evie to doskonale wykreowana postać; równowaga pomiędzy wieloma wątkami
jest zachowana; bohaterowie drugoplanowi nie są spłyceni i każdy ma chwilę dla
siebie; zakończenie jest otwarte; trochę wątków zostało niewyjaśnionych. A
krócej – książka w dłoń i do czytania marsz! Ocena jest chyba tylko
formalnością… Szósteczka, tłuściusieńka i bardzo ładna. I bardzo zachęcająca,
mam nadzieję.
poniedziałek, 24 grudnia 2012
Utwory ponadczasowe [2012]
Przyglądając się notowaniom Trójki, EskiRock i innych radiostacji stwierdziłam, że ja także sobie zrobię własne notowanie. Dokładniej - TOP 20 PONADCZASOWYCH UTWORÓW. Takich, które jak raz weszły mi do głowy, to teraz wyjść nie chcą. Będzie w linkach do youtube'a. Co roku postaram się tworzyć taką listę, będę sobie potem porównywać, ale sądzę, że nie będzie się ona jakoś diametralnie różnić, najczęściej typy pozostają te same ^^ I zapraszam do podawania swoich typów, tego, czy któreś z moich pasują do Was, itd :) I czy Wam się podoba sama idea! BTW, wesołych świąt!
20.
19.
18.
17.
16.
15.
14.
13.
12.
11.
10.
9.
8.
7.
6.
5.
4.
3.
2.
1.
sobota, 22 grudnia 2012
Kendare Blake, Anna we Krwi

Cas Lowood odziedziczył po ojcu niezwykły zawód: zabija umarłych. Ojciec chłopaka został w makabryczny sposób zamordowany przez ducha, którego sam miał uśmiercić. Teraz Cas, uzbrojony w tajemniczy i śmiercionośni sztylet athame, podróżuje po całym kraju ze swoją matką-czarownicą i potrafiącym wyczuć obecność zjaw kotem. Razem śledzą lokalne legendy, próbujący wyplenić co bardziej niebezpieczne upiory ze świata – nie dopuszczając jednocześnie do siebie nieprzyjemnych myśli o sprawach typu przyszłość czy przyjaźń. Gdy przybywają do kolejnego miasta w poszukiwaniu ducha nazywanego przez mieszkańców Anną we Krwi, Cas nie spodziewa się niczego odbiegającego od normy: chce zjawę wyśledzić, zdybać, zabić. Zamiast tego spotyka obłożoną klątwą dziewczynę, istotę, z jaką nigdy przedtem się jeszcze nie mierzył. Zjawa wciąż nosi sukienkę, którą włożyła w dzień swojego morderstwa w 1958 roku: dawniej śnieżnobiałą, teraz czerwoną, ociekającą krwią. Po śmierci Anna zabijała wszystkich, który odważyli się postawić nogę w opuszczonym domu, gdzie sama się wychowała. Z jakiegoś jednak powodu Cas postanawia oszczędzić…
Aby napisać młodzieżowy horror, trzeba być nie lada dobrym
pisarzem. Trzeba mieć głowę pełną pomysłów, gdyż przecież makabryczne idee
morderstw nie spłyną z nieba. Taki pisarz grzebie, szuka, kombinuje, byleby
tylko utrzymać jak największe napięcie i w pewnym momencie spuścić na
czytelnika bombę wydarzeń i rozwiązań. Czasem też można rozwiązań nie dać, a
niech on/ona się sam-/a głowi! Książki takie czyta się dość ciężko, ale jednak
są one kompletnie różne od filmów o tematyce podobnej. Można uwielbiać horrory
na papierze, a na ekranie ich nie znosić, bać się krwi, członków latających tu
i tam – jestem doskonałym tego przykładem.
czwartek, 20 grudnia 2012
Amanda Hocking, Przywrócona
Wendy, następczyni tronu królestwa, musi poślubić księcia Vittra (naprawdę? Jakiś błąd do opisu się wkradł…). To jedyny sposób, żeby ocalić Trylle przed ich śmiertelnym wrogiem i zapobiec krwawej wojnie z niepokonanym przeciwnikiem. Lecz myśl o tym, że przyjdzie jej opuścić miejsce, które stało się jej domem, jest nie do zniesienia. Pożegnała się już ze swoją pierwszą miłością, czy teraz przyjdzie jej poświęcić drugą? Czy będzie musiała się wyrzec uczucia do Lokiego, tak jak wcześniej wyrzekła się miłości do Finna? (Ale to było inaczej…) Czy czeka ją najtrudniejszy wybór : z którym z nich zostanie na zawsze… Jeśli tylko ich magiczny świat ma przed sobą jakieś ,,na zawsze”. Przyszłość Trylli leży w rękach Wendy – pod warunkiem, że odważy się o nią walczyć…
Nieodpowiednim byłoby stwierdzenie, że Zamieniona mnie zachwyciła. Bo nie
zachwyciła. Ale też nie było tak, że kompletnie nie przypadła mi do gustu. To
książka tak pomiędzy tymi dobrymi, a tymi, o których nawet nie warto wspominać.
Dotąd ciężko mi zrozumieć, co sprawiło, że nie skrytykowałam jej tak bardzo.
Mój mózg zasłoniła jakaś mgła. Ale teraz bańka iluzji pękła i czytając ostatnią
część trylogii Trylle przejrzałam na
oczy. Dosłownie i w przenośni. Potwierdzeniem może być fakt, iż zasiadłam z
ołówkiem i wyszukiwałam najbardziej rażące błędy logiczne i stylistyczne – a
nie zapominajmy, że jestem kompletną amatorką i znam się na tym na tyle, na ile
powinnam. I teraz, gdy czytam to, co napisałam o pierwszej części, wprost nie
mogę uwierzyć! Jak TO coś mogło mnie oczarować?
*Zamieniona * Rozdarta * Przywrócona*
środa, 19 grudnia 2012
Jennifer Estep, Dotyk Gwen Frost
Potomkowie legendarnych wojowników takich, jak Spartanie, Amazonki czy Walkirie posiadają magiczne moce. W Akademii Mitu uczą się panować nad swoimi umiejętnościami i ich odpowiednio używać. Główną bohaterką serii jest siedemnastoletnia Gwen Frost, obdarzona nadzwyczajnym talentem. Jej cygański dar, polega na tym, że wystarczy jej jeden dotyk, aby wiedzieć wszystko o danym przedmiocie czy człowieku. Jednak Gwen czuje nie tylko pozytywne wibracje, lecz także te złe i niebezpieczne. Szybko się orientuje, że jest o wiele silniejsza niż myśli i ze będzie potrzebowała swoich umiejętności, aby pokonać potężnego wroga – mrocznego boga Loki.
A co
tam, zróbmy kolejnego Percy’ego Jacksona. Nie ważne, że autorka twierdzi, że
się nie wzorowała na Ricku Riordanie. Tak przypuszczalnie było. Ale co ma
poradzić biedny czytelnik, który od samego początku czytał serię i był fanem (a
w marzeniach brał udział w Obozie Herosów)? Na zawsze już pozostanie pod jej
wpływem, będzie oceniał i odbierał przez jej pryzmat. Czasami to przeszkadza.
Nawet bardzo. Bo jak chcę się nacieszyć jakąś pozornie niezłą książką, to od
razu mój mózg widzi podobieństwa do historii Percy’ego, różnice i werdykt
najczęściej jest jeden – eee, to nie to.
Coś nie wyszło. Nic nie przebije Percy’ego!
Przesadyzmem
byłoby stwierdzenie, że to moje przekleństwo. Ale jednocześnie cieszę się, że
potrafię dostrzec wady jakiejś książki. I mniej więcej widzę, kiedy fabuła ma
ręce i nogi i korpus i mięśnie, a kiedy nie. Jak już nawet ona jest w miarę
dobrze wymyślona, to pół biedy. Ale jak autor, kolokwialnie twierdząc, skopie i
fabułę i techniczną część książki, to koniec. Koniec dla niego w oczach
czytelników, którzy mają w sobie choć kamyczek syndromu książkowego
opiniodawcy. I zaraz jest – o nie! Co on
tu robi?! Po co? Dlaczego? A dlaczego ona to? A dlaczego tamto? Co ona wyprawia
do orzecha? Wracaj, bohaterko, wracaj po lepszy los.
niedziela, 9 grudnia 2012
Rob Thurman, Świat Nocy
Potwory są wśród nas. Żyły tu od niepamiętnych czasów i na zawsze tu pozostaną. Wiedziałem o tym przez całe życie – co więcej, maiłem świadomość, że sam jestem jednym z nich… no(!), przynajmniej w połowie. Witajcie w Nowym Jorku. W tym mieście można spotkać trolla pod Mostem Brooklyńskim, boboka w Central Parku i piękną wampirzycę w apartamencie na Upper East Side – a to tylko początek. Większość ludzi nie ma pojęcia o istnieniu świata nocy, ale Kal Leandros jest tylko w połowie człowiekiem. Jego ojciec to złośliwy demon, wcielony nocny koszmar - a teraz cały jego lud zjednoczył się w pogodni za Kalem. Dlaczego? Kal nie zamierza odwlekać ucieczki, by się tego dowiedzieć. Wraz ze swym przyrodnim bratem, Nikiem, ucieka przed potworami od czterech lat, ale teraz jego demoniczny ojciec znów trafił na ich ślad. Kal już niedługo dowie się, dlaczego demony tak uparcie go ścigają, chłopak jest bowiem kluczem do ich potęgi, ostatnim elementem wielkiego planu, który pozwoli im rozpętać piekło na ziemi. Walka o losy ludzkości splecie się z walką o życie Kala…
Zastanawiam się zawsze, czym
inspiruje się autor podczas pisania. Może utworem muzycznym?
Może inną powieścią? Może historią skądś
zasłyszaną. Inspiracja także wpływa na poziom tworu, bo wypadałoby dobrać sobie
coś porządnego, by z potem z tego czerpać. Jednak słowo porządny jest przez każdego definiowane i rozumiane inaczej… i
potem z tego świetne kwiatki wychodzą. Tylko ciężko mi zrozumieć,
co natchnęło Roba Thurmana. Trudno mi też stwierdzić, do jakiego gatunku
zakwalifikować jego książkę. Chyba jest to jakiś odłam urban fantasy – wskazuje
na to przynajmniej nawał różnych stworzeń. Tu auphe, tam puki, pod mostem
troll, na suficie banshee, wampir. O, wampir? I jeszcze wilkołakocoś. Taka tam
sterta różnych istot, które związane są miastem, w którym mieszkają.
Całość: http://paranormalbooks.pl/2012/12/09/recenzja-swiat-nocy/
wtorek, 4 grudnia 2012
S. C. Ransom, Błękitna nadzieja
Alexa już wie, że istnieje sposób, by mogli być razem: ona i Callum, jej piękny, widmowy ukochany, chłopak uwięziony pomiędzy światem żywych i umarłych. Jest ktoś, kto potrafi przywrócić go do życia, lecz nie zamierza wyjawić tego sekretu Alexie. Dla tego kogoś Alexa jest najgorszym wrogiem, którego trzeba zniszczyć. Czy moc magicznej bransoletki okaże się potężniejsza niż nienawiść? I czy Alexa zaryzykuje wszystko, by być z tym, kogo kocha – na zawsze?
Już tak to jest z każdą serią, w
pewnym momencie nadchodzi koniec. S. C. Ransom napisała coś w stylu Pośredniczki Meg Cabot, a przynajmniej
ostatnia część trylogii przywodzi mi
na myśl takie skojarzenia. Trylogii.
Tak, piszę to słowo z lekką ironią klawiaturową, gdyż te trzy części są
cieniutkie. Średnia to… ok. 300 stron. Policzyć nie zaszkodziło. Spokojnie
można było to upchnąć w jeden tom. Albo góra dwa. Tylko które z wydarzeń byłoby
tym kulminacyjnym?
A czy czasem nie czujecie jakiejś
monotonii w powieściach? Że seria jest, ale w sumie to, co się w niej dzieje,
jest nudne? Jakoś tak BARDZO BARDZO BARDZO w pamięć nie wbiły mi się wydarzenia
z tej błękitnej serii /trylogii, czy jak to inaczej nazwać. Ogólny zarys
kojarzę, ale ze szczegółami już trudniej. Mój umysł otacza nieokreślona mgła. I
to trochę przeszkadzało mi podczas lektury. Co więcej, dlaczego to było takie
krótkie? Choć z drugiej strony… Może to i nawet lepiej, bo nie ma sensu ciągnąć
na siłę, tego, co jeszcze autorka mogłaby wymyślić? Kiedyś, gdy byłam jeszcze
wielką fanką romansów paranormalnych, wciągały mnie takie historie. Teraz
niestety mnie nudzą (obarczam winą ilość przeczytanych, bo teraz wszystkie są w
sumie takie same). Są jednak małe wyjątki. Zawsze są wyjątki. Pierwsza część cyklu
w jakimś stopniu do nich należała. Druga już mnie trochę nużyła. Trzecią
czytało się szybko, ale ona tak jakoś.. wpadała mi do mózgu i wypadała chwilę
później.
Całość : http://paranormalbooks.pl/2012/12/04/blekitnanadzieja/
Błękitna Miłość ~ Błękitna magia ~ Błękitna nadzieja
niedziela, 2 grudnia 2012
Stos 31 (biletem go!)
Stos. Jestę szpanerę, widać to jak na dłoni. A szpan ten objawia się nówkami, nieśmiganymi biletami na koncerty. Po lewej HEY 08.12.12, czyli za tydzień, a po prawej najważniejszy kawałek papieru w tym roku i w przyszłym i przez parę następnych, gdyż to bilet na koncert mojego ukochanego zespołu w... moim mieście! Czyli Iron Maiden do Łodzi przyjeżdża! Do Gdańska nie mam za bardzo jak się tłuc, więc tamten koncert sobie odpuszczam... Śmieję się dodatkowo, że koncert IM jest mi pisany, bo w poniedziałek rano powiedziałam znajomemu, że się wkurzę, jak ogłoszą IM na Sonisphere w Wawie, bo nie będę mogła jechać. Wracam do domu, a tam BACH, informacja o IM w Łodzi! To jest nie do wiary! Chyba mam chody w niebie. Ale stosik. Wracajmy do stosu.
LEWA
>Mangowy stosik polsko-angielski, czyli Pandora Hearts, dwa tomy Ao No Exorcist i Dawn of the Arcana (to ostatnie dzisiaj przeczytałam, fabuła trochę kuleje, ale kreska jest piękna! Dla takiej kreski warto czytać dalej)
>Kossakowska, Grillbar Galaktyka, cudo nad cudami, prawiłam o chwale tej książki niecały miesiąc temu. I wciąż mogłabym prawić...
>Mitchell, Atlas Chmur, już nie cudo nad cudami, a arcydzieło, którego człowiek nie mógł napisać. Wychwalałam i zachwycałam się wczoraj nad nią.
> Michalak, Wiśniowy dworek, od samej autorki, jej! Nie wiem tylko, kiedy się wreszcie zabiorę za książkę...
>Michalak ponownie, Sklepik z Niespodzianką, Adela, kupiona w antykwariacie, tak sobie leży i leży. Pewnie w święta przeczytam, atmosfera będzie odpowiednia.
PRAWA
>Szepty, jakiś tydzień temu o nich pisałam, niezły film i widzę, że nie tylko ja tak uważam
>Friedman, Skrzydła Gniewu, niespodziewajka od Prószyńskiego (dałabym sobie mózg wyciąć, że jej nie zamawiałam). Ale mam część pierwszą, to jak ją przeczytam, to przeczytam i drugą i będzie git^^
>Nowak, Drzazga, od Egmontu, nawet niezła, gdyby nie... parę braków tam było.
>Shulman, Gorączka, od Egmontu, historia z potencjałem, spaprana przez niedopracowanie. Świetnie =.=''
>Moccia, Wybacz, ale chcę się z Tobą ożenić, kupiłam sobie kiedyś pierwszą część, przeczytałam, spodobała mi się, to zaopatrzyłam się w drugą, a co! (I to by było na tyle, jeśli chodzi o mój odwyk od kupowania książek;___;)
>Kosik, FNiN oraz Świat Zero 2. Alternauci, czasem mam wrażenie, że ta seria już jest ciągnięta na siłę i żadna z kolejnych części nie przebije 3K albo TMK, to i tak dalej czytam ^^
Brakuje HEY, Do Rycerzy, do Szlachty, doo Mieszczan, gdyż pogoda mnie odstraszyła przed sprintem do samochodu po płytę. ZUa ja.
A to taki bonus, czyli kartka ze Spirited Away. Awww *__* |
I.. za tydzień Salon Ciekawej Książki ~
sobota, 1 grudnia 2012
David Mitchell, Atlas Chmur
Pasażer statku, z utęsknieniem wyglądający końca podróży przez Pacyfik w 1850 roku; wydziedziczony kompozytor, usiłujący oszustwem zarobić na chleb w Belgii lat międzywojennych, dziennikarka-idealistka w Kalifornii rządzonej przez gubernatora Reagana; wydawca książek, uciekający przed gangsterami, którym jest winien pieniądz; genetycznie modyfikowana usługująca z restauracji, w oczekiwaniu na wykonanie wyroku śmierci; i Zachariasz, chłopak z wysp Pacyfiku, który przygląda się, jak dogasa światło nauki i cywilizacji – narratorzy Atlasu Chmur słyszą nawzajem swoje echa poprzez meandry dziejów, co odmienia ich los zarówno w błahym, jak i w doniosłym wymiarze.
Żebym
nazwała jakąś książkę arcydziełem, powinnam po lekturze zostać z otwartymi
ustami. Z zachwytu oczywiście. I, ku mojemu zaskoczeniu, Atlas Chmur spokojnie mogę okrzyknąć arcydziełem. I być może
najlepszą książką tego roku, jaką przeczytałam. I żałować też mogę, że dopiero
teraz po nią sięgnęłam. A zapowiadało się tak monotonnie… Pan Ewing płynie
sobie statkiem, co jakiś czas historia urozmaicona jest jakimś wydarzeniem,
język pełen archaizmów, kropka w kropkę, jakby naprawdę ta historia powstała w
XIX wieku. Męczyłam się i męczyłam, aż w końcu, ze szczątkami nadziei, dotarłam
do motywu Listów z Zedelghem. I się zakochałam. W książce. I w opowieści
Roberta Frobishera. Wciągnięta już, musiałam się z nim rozstać na rzecz Luisy Rey.
Znowu ciekawie, potem Tim Cavendish – najbardziej humorystyczny wątek w całej
powieści. A po Timie, Sonmi-451. Jako że, z natury uwielbiam sci-fi, mogłam
przewidzieć, że mi się spodoba. I to kolejna historia, po Listach, którą
czytałam z zapartym tchem. A na koniec, jak to nazwałam, klin, czyli Bród
Slooshy. Dziwny to rozdział, oj dziwny, zaskakuje językiem…

Każdy
rozdział żyje własnym życiem. David Mitchell jest geniuszem. Może nawet więcej.
Dla niego nie istnieje coś takiego jak gatunek. Zbitek różnych form w jednym
tomie, od pamiętnika, przez listy do wywiadu sprawiają, że czuć to
urozmaicenie, że NIGDY nie można być pewnym, że coś się stanie. Magia ukryta w
słowach, w zdaniach, pozwala nam na odkrywanie starożytnych prawd. Pełno sentencji,
nie, nie żartuję i nie przesadzam – cały mój egzemplarz jest w samoprzylepnych
karteczkach.
Prawdą
jest, że książka jest lepsza od filmu. A skoro film był świetny, to jak
określić książkę? Nawet arcydzieło to za mało. Dzieło ponadczasowe też. Wiecie,
brakuje mi w tym momencie trafnych słów, które by przekazały wszystko, co mi w
mózgu siedzi. Za dużo odczuć, za dużo emocji. Śmiałam się i płakałam zarazem.
Wyzywałam autora (zły autor, zły autor, jak mógł zrobić to i to?!), a potem mu
dziękowałam, że napisał coś tak wspaniałego.
Chcę
więcej takich książek! Chcę więcej niepowtarzalności, tak osobliwych związków
przyczynowo-skutkowych, takich bohaterów, obok których chciałabym żyć! Więcej
tak pięknych, ale to przepięknych wątków miłosnych, na których płakałam nie
raz. I które wyryte w mojej pamięci zostaną na zawsze i będą mi przypominać, że
nie tylko ja mam problemy. Uczta dla czytelnika. Istna uczta dla oczu i
wyobraźni, dla naszych umysłów. Granice i jakiekolwiek ograniczenia nie mają
szansy na istnienie. Zastanawiam się nawet, czy Mitchell na pewno jest
człowiekiem… Może i on i Murakami nadeszli z chmur i wtopili się w ludzkość –
może szerzą swoje historie w jakimś celu. Nie wiem. Choć wiem to, że Atlas
Chmur zapamiętam na zawsze. Przez to zaskakujące zróżnicowanie. I może przez
to, że moja wyobraźnia odkryła niezbadane dotąd zakątki. Książki czasem
zmieniają czytelnika i ta jest doskonałym przykładem takiego zmieniania. Ktoś
może wyśmiać tę wszechobecną reinkarnację, może zmieszać powieść z błotem, może
i o gustach się nie dyskutuje, ale to byłaby istna ignorancja. Lub
niezrozumienie. Nie mam dla książki skali! Nie mam dla książki skali! Ocena
niemożliwa, bo śmiertelnik nie ogarnąłby umysłem tak dużej liczby!
PS: Kupiłam z okładką filmową.. I teraz zaczynam żałować. A tym bardziej, że na boku książki pojawił się jakiś dziki ślad od wody. Nieeeee~! To chyba znak, że trzeba nabyć wydanie z Uczty Wyobraźni!
czwartek, 29 listopada 2012
Szepty [2011], reż. Nick Murphy
Internatem dla chłopców z najbogatszych sfer w Rockford wstrząsa tajemnicza śmierć jednego z nich. Wszelkie racjonalne próby wyjaśnienia tej tragedii zawodzą. Do szkoły zostaje wezwana Florence Cathcart, która zajmuje się demaskowaniem fałszywych spirytystów. Testy, które zacznie przeprowadzać, wymkną jej się spod kontroli. To, co zdarzy się później, sprawi że dziewczyna (kobieta chyba…) nie będzie mogła już tego miejsca odejść… (ach ten tajemniczy opis)
O
filmie Inni z roku 2001 można
rozprawiać ciągle. Zaskakujący, nieco przerażający, zasiewający strach i
niepokój w sercu. Wykorzystuje motyw znanym wielu. Duchy. I nieprzewidywalne
zakończenie. Podobne było już w wielu filmach, ale dopiero tamto wywarło na
mnie ogromne wrażenie. Takie, że jak już skończyłam projekcję, nie mogłam
otworzyć ust i konstruktywnie skomentować, bo powtarzałam jedynie, że było
fantastycznie. Zabrakło mi słów. A Szepty
po raz pierwszy obejrzałam w wakacje. Zapowiadało się nieźle, miało przypominać
Innych. Obejrzałam wtedy ten film,
nawet przypadł mi do gustu. Minęło parę miesięcy, a ja dostałam szansę, aby
obejrzeć znowu. To obejrzałam. I co zadziwiające, za drugim razem bardziej
przeżywałam. I za drugim razem oglądało się lepiej. I film mnie zachwycił…
Pomimo
jakiś tam drobnych usterek. Bo takie usterki zauważy wprawne oko osoby, która
na krytyce filmów się zna. Ale mnie, człowiekowi z ,,plebsu” bardzo się
podobało. Od czasu do czasu się zastanawiałam co się dzieje, dlaczego się
dzieje, jednakże w przypadku większości obrazów tak mam. Zafascynował mnie
nastrój. Lokacje są wprost przepiękne i zapierające dech w piersiach. Doskonale
dopasowane do fabuły dopełniają historię, a także przyciągają wzrok i uwagę
widza. Skupiają ją na sobie, ale nie tak mocno, by kompletnie wyłączyć się z
tego, co się dzieje w trakcie filmu.
Co
więcej, brytyjscy aktorzy! I brytyjski akcent! I Londyn w pierwszej połowie XX
w! Cudo! Realizm na poziomie, nie wyskakuje jakiś aktor w trampkach na
przykład, czy w jakimś innym stroju kompletnie nie pasującym do epoki. W
przypadku Szeptów włożono dużo pracy
w jak najlepsze dostosowanie scenografii, urzeczywistnienie jej. Tylko znawca,
lub osoba bardzo obyta mogłaby zgłaszać jakieś uwagi, bo zwykły człowiek, nie
interesujący się okresem przed/międzywojennym nie będzie w stanie stwierdzić,
że ktoś się pomylił, nieznacznie, ale pomylił w przypadku jakiegoś szczegółu.
I
teraz najważniejszy punkt… Nie oczekujcie latających mózgów, krwi spływającej
po ścianie, części ciała rozrzuconych po podłodze. Szepty to, po pierwsze, horror psychologiczny. A po drugie, to nie
duchy grają główną rolę. Mają one na celu bardziej sugestywne pokazanie istoty
samotności, która powoli wyjada od środka. Bo jej korzeń najczęściej znajduje
się w umyśle, a nie gdzieś na zewnątrz. Duchy pomagają widzowi zrozumieć główną
problematykę. I sprawiają, że nie jest ona wyłożona od tak sobie. ,,O, jej, Szepty, kolejne badziewie coś o duchach”.
Nie. Nie kolejne BADZIEWNE coś. To DOBRE coś. A duchy to drugoplanówka,
pamiętajcie o tym, jeśli będziecie zapoznawać się z filmem.

niedziela, 25 listopada 2012
Dee Shulman, Gorączka [Premiera 28.11.2012]
Ewa jest niepokorna. Nie potrafi znaleźć sobie miejsca w zwykłej szkole. Kiedy zostaje wyrzucona z kolejnej placówki, trafia do St. Magdalene’s – szkoły dla wybitnie uzdolnionej młodzieży. Po zajęciach w laboratorium przez nadmierną ciekawość, niezaspokojony głód wiedzy i sekundę nieostrożności Ewa zostaje zaatakowana przez tajemniczy wirus wywołujący groźną gorączkę. Umiera, ale po kilku minutach wraca do życia. wkrótce w szkole pojawia się tajemniczy Sethos Leontis, przystojny i mroczny nowy uczeń. To nieustraszony rzymski gladiator z II wieku naszej ery, który próbując rozwiązać zagadkę śmiertelnego wirusa, przeniósł się w czasie do współczesności. W dziewczynie Sethos rozpoznaje swoją ukochaną Livię, zamordowaną prawie dwa tysiące lat temu wcześniej. Ewa jednak go nie pamięta…
Ojojoj!
Szkoła dla wybitnie uzdolnionej młodzieży! Niepokorna bohaterka! Przystojny
i mroczny nowy uczeń. Noż nie wierzę! Znowu! Ostatni punkt, czyli mroczny
nowy uczeń to podstawa. A raczej mroczny, bo czasem to osobnik już trochę
uczęszczał do danej szkoły. Ale jest mroczny. Chowa się za płotami, wysyła
głównej bohaterce groźne spojrzenia, biega ze swoją paczką, jest pewny siebie i
niezagubiony i kopie ludzi za szkołą. A, nie, to nie to. Tym razem uczeń
mrocznym jest tylko w opisie. Bo w książce już nie tak bardzo.
Główna
bohaterka, czyli Ewa, nie jest aż tak niepokorna. Szczypta zagubienia, kubek
jakiś dziwnych mocy (…), łyżka nieostrożności i bach! Ewa dostała wirusem! A
potem odżyła! A Sethos też dostał wirusem! I on też odżył! I podróże w czasie!
I jakiś psychopata! I tajemniczy doktor! I zazdrosna koleżanka! I świat
gladiatorów! I reinkarnacja! I świat równoległy! I wianuszek adoratorów! I
zespół muzyczny! I kółko teatralne! I akademik dla wybitnych nastolatków! To i
może jeszcze wampiry! Wilkołaki! Czarownice! Więcej psychopatów! Duchy! A, nie,
to znowu nie to. Choć nie zdziwiłabym się, gdyby wyskoczył w pewnym momencie
jakiś wampiroczarownicoduchołak. Psychopata oczywiście.

Mogłabym
się przyczepić jeszcze do wątku miłosnego, ale dam już spokój, bo zacznę
zaprzeczać samej sobie. I ponownie dochodzimy do momentu, kiedy poprzez
niedopracowanie autorka zniszczyła niezłą fabułę. Zniszczyła, ale i tak się
dobrze czyta. Ekspresowo. Choć (tak, tak, powtarzam się) magii znowu mi
brakowało. Szukam w książkach czegoś, co porwie moje serce od samego początku i
potem zostawi w nim pustkę, ale Gorączka
nie należy do takich powieści. I teraz Was zaskoczę, bo postawię 4-. Jestem
trochę spaczona psychicznie przez anime, dlatego w książkach dobrych
nieustannie doszukuję się błędów i wciąż czekam na coraz to nowe, po których
zostanę w takim stanie, w jakim zostawił mnie Haruki Murakami po 1Q84. Albo w jakim zostawi mnie pewnie
David Mitchell po Atlasie Chmur.
czwartek, 22 listopada 2012
Sting, 21.11.2012, Łódź [Back to Bass Tour]

Tydzień
przed Wielkim Dniem – nawiedzona zostaję
przez dziwną ekscytację. To zaczynam wyszukiwać jego randomowe piosenki i się z
nimi lepiej poznawać. Englishman in New York, Desert Rose czy Roxanne – to huczało w moich głośnikach. Dzień przed –
ostatnie przesłuchanie ukochanych Fields
of Gold. Dwie godziny przed - o! Już otworzyli wejście! Ciekawe, ile tam
jest osób. Godzina przed – o, jeszcze godzina. E, wcale nie ma tłumów. O, jaka
ładna, kusząca barierka! Przycupnę sobie. 20:00 – gdzie jest Sting?! Tłum
szaleje. Fale na trybunach. Krzyki. Gwizdy. Siedem minut później – o, co oni
tak krzyczą? Czyżby Sting? O! Sting! Nic nie widzę…
Tak.
Właśnie. Nic nie widziałam. Przed połowę pierwszej piosenki. Bo potem
wycwaniłam się i dokonałam emigracji na koniec płyty. A tam, luźno, luz, blues
i orzeszki, można popląsać, jeśli ktoś tego pragnie, można pośpiewać, nikt na
nikogo nie wpada. Atmosfera z tyłu była boska! Gwiazda wieczoru zaczęła If I Ever Lose My Faith In You. To już był początek procesu zdzierania
gardła. Piosenkę zakończono gromkimi brawami wielotysięcznej widowni (nie
żartuję! Ludzi od *ykhym*, a jeszcze na płytę trochę by się ich zmieściło). I
potem, tak trochę znienacka, Englishman in New York. I radość na mojej twarzy. Śpiewamy razem ze Stingiem refren,
każdy w miarę swoich możliwości (czyt. na tyle, ile kojarzył tekst). I potem
powoli ilość piosenek zlała się w jedno. Gdzieś przy czternastej straciłam
rachubę. A zagrał ich około dwudziestu.
![]() |
Taaakie tłumy! |
Dwadzieścia
piosenek. Dwie godziny głośnej muzyki. Ból kolan. Ale to nie ważne. Warto było
poświęcić pieniądze na DROGIE bilety. Warto, ale bilety mogły być tańsze.
Jednakże, koncert Stinga to duże wydarzenie. I trochę czasu minie, zanim
kolejna gwiazda jego formatu do Łodzi przybędzie. Wracając
do samego koncertu – jaki on ma mocny głos! I ten koncert to było mistrzostwo!
Na Message in the Bottle coś we mnie dźgnęło. Na Fields of Gold, mojej najukochańszej piosence łzy zaczęły tak
niepozornie lecieć. Pary ruszyły do wolnego tańca. Na Shape
of My Heart też można płakać, bo to kolejny wzruszający utwór. Wykonanie Roxanne i czerwone światła – tego nie da
się opisać słowami. Cała widownia, zgodnie, na prośbę, śpiewała razem z nim. I cała
widownia pewnie nie zapomni tego do końca życia.
Co
więcej, po parunastu piosenkach, kiedy to wokalista i jego zespół stoczyli się
ze sceny, część ludzi zaczęła wychodzić. To był błąd. Reszta, ta co została, of
course zaczęła krzyczeć. I Sting wrócił. Razem z Desert Rose. Potem dał nam to, co każdy powinien kojarzyć – Every Breath You Take. I znowu zszedł. I
ludzie znowu ruszyli do wyjść. A Sting ponownie wraca i ponownie gra …
Ponarzekać
mogę trochę na organizację w Arenie, na utrudnienia na parkingach, na ścisk na ulicach,
na słabe oznakowania. Ale sam występ to cudo. Wzruszające Fields of Gold, End of the Game, energiczne Roxanne, świetny głos Stinga, dobry dobór utworów, niezły zespół.
Właśnie dlatego uwielbiam koncerty. Emocje są zawsze świetne… To uczucie, kiedy
widzisz wykonawcę, którego lubisz na żywo. Kiedy możesz z nim zaśpiewać… I jak
tak wczoraj pomyślałam, że to już koniec, że czas już wyjść, to mi się smutno
zrobiło. Na pewno nie zapomnę tego dnia. I mogę powoli tworzyć listę
koncertowych marzeń. Kiedyś spełnię je wszystkie!
[Zdjęcia z Gugla]
[Zdjęcia z Gugla]
środa, 21 listopada 2012
HEY, Do Rycerzy, do Szlachty, doo Mieszczan

I zaczynamy
słuchać. Wita spokojna, stonowana Wieliczka,
niezbyt przypominająca poprzednie utwory HEY, przynajmniej te, które znam (…).
A jako że artysta powinien się rozwijać, to OK, poszli w inną stronę, może
dobrze im wyjdzie. Może, ale nie musi. Ile ja się nanarzekałam na nową płytę
Linkin Park na przykład.. Ale nie, HEY początkiem płyty już powoli zaczynają
mnie zdobywać… Oprócz Wieliczki na
uwagę zasługują także- Wilk vs. Kot, Lot pszczoły nad tymiankiem , czyli
dziwny tytuł, dziwna treść, ogółem dziwna piosenka. Ale ile przecież można
ukryć w pozornie prostych słowach: I żeby
tylko nie dać zmiażdżyć się Kolosom, Gorgonom nie dać się wzrokiem obrócić w
kamień. Kasia Nosowska pisze bardzo,
ale to bardzo liryczne teksty, pełne metafor, peryfraz i niedopowiedzeń, które
można interpretować na różne sposoby. Rzadką sztuką wykonaną przez nią jest to,
iż, uwaga, uwaga, każdy w słowach może dostrzec coś innego!

Jestem
płytą zaskoczona. Naprawdę zaskoczona! I zakochana, tak, o!, to też! Zakochana
w tytułowym utworze. Jest piękny. Melancholijny. Niepokojący. Jest doskonałą
kwintesencją całej płyty. Ma przekaz. Jest czymś, z czym powinniśmy kojarzyć
Polską muzykę. A niestety wiele osób
Polską muzykę kojarzy z Dodą. A gdzie miejsce dla Soyki, Turnaua, Greuchuty,
Kaczmarskiego, Niemena? Dla Marcell,
Dąbrowskiej, Perfectu, Lady Pank, Bartosiewicz? Dla Brodki, T. Love, Kultu? A
to tylko część naszych rodowitych wykonawców zasługujących na uwagę. Oni
pokazują, że Polak potrafi, że może być lepszy od zachodnich popowych kawałków,
brzmiących wszędzie.
Natenczas, zostawiam Was z moimi odczuciami dotyczącymi nowej płyty HEY i pędzę, tak, na koncert. Nie HEY, bo koncert HEY będzie dopiero 08.12(bilety już mam). Nein, idę na Stinga i postaram się popełnić potem jakąś relacyję. Krótką nawet, ale...
sobota, 17 listopada 2012
Ewa Nowak, Drzazga
W poukładanym świecie szkolnej prymuski Marty wszystko byłoby idealne, gdyby nie… drzazga- nielubiana, antypatyczna i złośliwa siostra Jagna. Jakie są powody zachowania Jagny i czy dziewczynom uda się znaleźć drogę do porozumienia? Seria miętowa to współczesna Polska : aktualne problemy, radości i tematy z życia tu i teraz.
Zawczasu miałam niemałą fazę na książki Ewy Nowak. Wtedy, w
ciągu paru tygodni, przeczytałam wszystkie, jakie tylko były w bibliotece.
Czyli wszystkie, które w zeszłym roku były już na półkach sklepowych. Potem
dorwałam Dane Wrażliwe, nieco zasmucona, że są małe, minimalne powiązania z
postaciami z książek poprzednich – czekałam na niejaką kontynuację ich losów… A
teraz mam Drzazgę, nową powieść Ewy Nowak z miętowej serii, kolejną, która na
wstępie ma słowa utworu Kaczmarskiego, kolejną, która porusza ważny problem.
Nie do wiary jest to, że rodzice mogą faworyzować jedno
dziecko, a drugie odtrącać. Przynajmniej ja w to nie mogę uwierzyć. Bo jest to
nieludzkie… A tym bardziej, ze dwójka dzieci cierpi. To faworyzowane ma
wrażenie, że jego rodzeństwo jest okropne, nie chce go w domu, uważa, że
niszczy mu życie, a to odtrącane uważa mniej więcej podobnie, tylko że w
kierunku nie tylko rodzeństwa, a rodzica. Ale przynajmniej otworzyło mi to oczy
na parę spraw, bo Ewa Nowak, jak zawsze, upchnęła w książce parę życiowych
cytatów. Normalnie jej seria mogłaby służyć jako przewodnik dla młodzieży, tyle
tam różnorodnych przypadków życiowych, że każdy znajdzie coś dla siebie.
Zawiera ona dynamiczne przemiany bohaterów, skutki różnych
znajomości, wszystkie wydarzenia przedstawia w świetle psychologicznym. I dla
mnie dobrze, bo uwielbiam sama psychologizować , szukać motywów, łączących się
wątków. Ale… Technicznie.. Zabrakło mi czegoś! Ten język jest taki trochę za
prosty, za mało złożony. Do tego problematyka niezła, ale to nie zmienia faktu,
że postacie nowe są bardzo podobne do wcześniejszych. Śmiem twierdzić, że te
nowsze książki z miętowej serii są gorsze, bo może i tematy się nie kończą, ale
wszystko jest takie.. przewidywalne i schematyczne. I takie normalne. Już na za
normalne, bo właśnie kiedyś Seria miętowa dodawała trochę szaleństwa i fantazji
naszym umysłom, czyż nie? Bohaterowie nieco przejaskrawieni, być może to świadomy
zabieg literacki, ale jednak zachowywali się sztucznie, nieco inaczej, niż jak
zachowują się gimnazjaliści w dzisiejszych realiach. Akurat wreszcie mam
porównanie, bo wcześniej było to dla mnie abstrakcją. Co więcej, ich wybory nie
należą do mądrych, a wreszcie, główna bohaterka nie jest tą świętą, to ona
właśnie uczy się wychodzić na prostą, to ona powoli dojrzewa do zrozumienia
aktualnej sytuacji w jej rodzinie i w szkole.
Ja się zawiodłam. Fabularnie się zawiodłam. Ale tajemnicą
Poliszynela jest to, że nie ważne, jak bardzo Ewa Nowak skopie fabułę czy
warsztat, to i tak będzie dobrze się czytało. Jej twórczość naprawdę czegoś
uczy. Może wydawać się nienaturalna, nudna, sztuczna, absurdalna, lecz każda
lektura otworzy nam oczy. Może na szczegół, może na coś poważniejszego. I być
może odmieni trochę nasze życie. Nieznacznie lub znacznie. Pomoże kształtować
poglądy… Podejmować decyzje.. 3. Fani przeczytają. Ale Ci, którzy z Ewą Nowak
nie mieli styczności, może niech lepiej zaczną od początku serii…
Subskrybuj:
Posty (Atom)