Pokazywanie postów oznaczonych etykietą młodzieżowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą młodzieżowe. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 kwietnia 2013

Libba Bray, Mroczny Sekret


Szesnastoletnia Gemma Doyle w niczym nie przypomina swoich rówieśniczek – panien o nienagannych manierach, które grzecznie odpowiadają na pytania i marzą o bogatym zamążpójściu. Gemma, osóbka uparta i przekorna, trafia do londyńskiej Akademii Spence po tragedii, która spotyka jej rodzinę w Indiach. Dziewczyna jest samotna, dręczy ją poczucie winy i nękają wizje przyszłości, które mają tę paskudną cechę, że zawsze się spełniają. Nie jest jednak zupełnie sama… Jej śladem podąża tajemniczy młodzieniec, który utrzymuje, ze ma ją chronić przed mrocznymi siłami. W Spence Gemma zaprzyjaźnia się z najbardziej wpływowymi dziewczętami, odkrywa w sobie nadprzyrodzone zdolności, a także dowiaduje się o dawnych powiązaniach swojej matki z tajnym stowarzyszeniem nazywanym Zakonem. Tutaj czeka na nią przeznaczenie… jeśli tylko będzie potrafiła w nie uwierzyć.

Trzy ostatnie powieści, które przeczytałam, miały akcję osadzoną w dziewiętnastym wieku, z czego dwie powstały  niedawno. I jakkolwiek zdecydowanie wolę uznawać Austen niż Bray jako wskaźnik poziomu życia w Anglii w erze wiktoriańskiej, tak preferuję Bray od Clare. Obydwie mają niewątpliwie ciekawe pióro, ale Libba Bray zdecydowanie wybija się ponad Cassandrę. Na stronach jej powieści czuć więcej serca, a mniej komercji…

Autorka w Mrocznym Sekrecie nie skupia się aż tak mocno na tle wydarzeń. Nie mamy Mickiewiczowych opisów lasów, łąk, kamieni, krzaków, strumyków, czy czegoś innego stworzonego przez naturę. Osoby z niezbyt wytrenowaną wyobraźnią mogą nawet mieć problem z imaginacją samej Akademii Spence! Jednakże nie martwicie się, w wielu przypadkach bywa gorzej, np. niby został nam przybliżony wygląd bohatera, ale w tak nieatrakcyjny sposób, że nadal nie wiemy, jaki ma kolor włosów. Brzmi nieco nieprawdopodobnie, wiem, lecz spotkałam się z tym nie raz i niestety muszę przyznać, że oczy me krwawiły obficie.

Czy stadkiem owieczek można nazwać kobiety? Nie w dzisiejszych czasach oczywiście, kiedyś. Libba Bray słusznie użyła tego zwrotu, a także buntowniczej postawy Gemmy Doyle, żeby ukazać niesprawiedliwość społeczeństwa. Tak, to już było. Tak, to nie ważne, że już było. W Mrocznym Sekrecie jest to wyraźnie pokazane, dla wprawnego oka spycha nawet cały wątek związany z Zakonem. Zestawione są ze sobą bohaterki kontrastujące, biedna, nie grzesząca urodą, lecz posiadająca boski głos Ann; śliczna Pippa z pewną przypadłością; Gemma przeciwstawiająca się konwenansom i Felicity, kolejna buntowniczka w świecie Akademii Spence. Na ich przykładzie nierówności pokazane są wprost idealnie, zasiewają w głowie myśl: co by ze mną było, gdybym urodziła się więcej niż sto lat temu?

Czegokolwiek byście nie pisali, ta historia nie jest AŻ tak szablonowa jak mogłoby się wydawać. Jasne, nie brakuje masy typowych dla aktualnych nurtów w powieściach dla nastolatek rozwiązań, ale autorka nie pisała Mrocznego Sekretu w dobie Zmierzchu, tylko przed wielkim sukcesem szarej Belli i błyszczącego Edwarda. Ten fakt działa na korzyść. Wątek romantyczny występuje, ale jest z nim tak jak z kobietą Bonda w Skyfall, czyli jest, ale go nie ma, potem może będzie trochę więcej, albo trochę mniej. Dlaczego powtarzam sobie historię Gemmy? Bo pożyczyłam komuś Dary Anioła….

Boli mnie spłycenie paru charakterów, ale nie oszukujmy się, zbyt wiele filozoficznych rozważań i skupienie się na psychicznym problemach, a co za tym okrojenie wartkiej akcji zniechęciłoby wiele mózgów. Z łezką w oku będę wspominać Gemmę i trylogia o niej już od dawna znajduje się na honorowym miejscu pomiędzy seriami, do których mam niezwykły sentyment i nigdy przenigdy ich nikomu nie oddam. To chyba o czymś świadczy, nieprawdaż?

piątek, 29 marca 2013

Sara Shepard, Pretty Little Liars XI Olśniewające


Każdy coś ukrywa…

A.
Emily, Aria, Spencer i Hanna wpadają w panikę, gdy w Rosewood pojawia się Gayle. Ta wpływowa milionerka ma niejeden powód, by się na nich zemścić. Na dodatek tajemniczy nadawca SMS-ów wciąż wysyła niepokojące wiadomości. Czy dziewczyny znajdą sposób, by wyjść cało z opresji?

Złamałam się i zdobyłam jedenastą część serii Pretty Little Liars. Chyba trochę stęskniłam się za bohaterkami, a nie za bardzo miałam ochotę na dokończenie serialu. Jednakże tuż po zamknięciu książki dokończyłam sezon trzeci i mogę ponownie stwierdzić, że serial jest lepszy w każdym calu. Ale od początku…

Po pierwsze zauważam postępujący brak logiki w serii. Z części na część jest coraz gorzej. Gdyby chociaż bohaterki miały jakieś dobre motywy co do swoich decyzji, zrozumiałabym. Lecz czytając czuje się, że ich wybory i zachowania są kompletnie odcięte od świata rzeczywistego, brak im realizmu. Stają się one coraz starsze, toteż powinny nabyć już jakąś tam mądrość życiową pozwalającą im unikać powtarzania swoich własnych błędów, ale nie! Nie mogą one uruchomić mózgów! A autorka nie może wreszcie dać im spokoju, musi co chwila wymyślać i wprowadzać nowe absurdy, nowe połączenia, byleby tylko zapewnić czytelniczkom pranie mózgu. I teraz taka nastoletnia fanka serii być może będzie utożsamiać się z jedną z postaci, a co z tego wyjdzie? Młode pokolenie jeszcze bardziej zgłupieje.

I jak zawsze w przypadku tej serii dodaję, że jakaś niewidzialna siła pcha mnie do tego, aby dokończyć serię, nie porzucać jej. Nie wiem, co to za ustrojstwo, ale mam nadzieję, że ta ciekawość w końcu zniknie. Nie ma nic lepszego, niż sieczka w umyśle spowodowana faktem, że pomiędzy lekturą Dumy i uprzedzenia a Wielkiego Gatsby’ego zachciało mi się PLL. I potem nie mogę się spokojnie skupić na akcji następnej powieści, bo w umyśle przeklinam autorkę, że jej twórczość tak wciąga. A może ja po prostu jestem ciekawa amerykańskich nastoletnich realiów, które tak mnie przerażają?

A może też przejdzie mi z czasem. I już nie będę z radością oczekiwać listonosza z paczuszką z nową częścią serii. Choć jestem z siebie dumna, że powstrzymałam się i nie przeczytałam części od 4 do 9. To duży sukces. Dzięki temu mogłam przeznaczyć parę godzin na wiele innych, o wiele ciekawszych zajęć. A co do Olśniewających – nie ma się co spodziewać fanfar, bo akcja nie rozwinęła się w powalający sposób. Nadal czytelnik wie, że nic nie wie i na razie to chyba się nie zmieni. Śmiałabym się, gdyby w ostatniej części serii wciąż nic się nie wyjaśniło. Tymczasem zostawiam Was z pytaniem: czy na pewno chcecie kontynuować swoją przygodę z tą serią i powstrzymuję się od oceny liczbowej.

Premiera: 03 kwietnia

W PONIEDZIAŁEK GRA O TRON

niedziela, 10 marca 2013

S. J. Kincaid, Insygnia. Wojny Światów


Tom Raines chciałby być kimś wyjątkowym. Tymczasem jego życie to nieustanna wędrówka od kasyna do kasyna z ojcem, pechowym hazardzistą. Jednak pewnego dnia wszystko się zmienia. Ktoś dostrzega osiągnięcia Toma w świecie wirtualnych potyczek. Chłopak dostaje propozycję – może zostać kadetem w Wieży Pentagonu, elitarnej akademii wojskowej. Jeśli przetrwa, stanie się członkiem Sił Układu Słonecznego, nadludzką maszyną bojową, zdobędzie wszystko, czego pragnął – przyjaciół, zainteresowanie dziewczyn, szacunek rywali – i poprowadzi swój kraj do zwycięstwa w III wojnie pozaziemskiej. Ale czy jest gotowy zapłacić za to najwyższą cenę?


Zasadniczo pierwsza część serii opowiada głównie o życiu w Wieży Pentagonu. Czytelnik nie jest wrzucony w sam środek poważnej kosmicznej bitwy – musi najpierw poznać zasady rządzące światem stworzonym przez S.J. Kincaid. Insygnia to niejakie wprowadzenie, okazja do obycia się ze stylem autorki. Jest to powieść, która pozwala nam zrozumieć, czy lubi się takie klimaty czy nie. Tutaj nie uraczymy jeszcze klimatu niebezpieczeństwa i walki, wszak większy nacisk został położony na relacje pomiędzy Tomem i innymi postaciami. Miałam wrażenie, że znowu jestem w Obozie Herosów znanym z powieści Ricka Riordana – poszczególne oddziały rywalizowały ze sobą na różnych potyczkach mających wyłonić spośród nich tych najlepszych. A ile miałam zabawy podczas czytania o tym, jakie to wirusy stosowali w tych pojedynkach!


A w trakcie czytania towarzyszył mi Sztywny Pal Azji i 


wtorek, 19 lutego 2013

Amy Kathleen Ryan, Blask


Empireum, ogromny statek kosmiczny, jest jedynym światem, jaki znają Waverly i Kieran. Tutaj się urodzili. Tutaj dorastają. Należą do grupy wybranych, których celem jest odnalezienie i zaludnienie nowej Ziemi. Obydwoje znają swoje role – on zostanie w przyszłości kapitanem jednostki, ona będzie stała u jego boku. Dzieci ich dzieci będą dorastać na nieznanej planecie… Przygotowani na zagrożenia z kosmosu, przyszli koloniści nie wzięli pod uwagę jednej możliwości –zdrady. Gdy Nowy Horyzont, statek-bliźniak, nieoczekiwanie atakuje, zaskoczeni agresją ze strony sprzymierzeńców mieszkańcy Empireum nie potrafią się bronić. Dorośli zostają zlikwidowani. Młode kobiety porwane. Na statku pozostają tylko niedoświadczeni chłopcy. Na początku ocalałymi rządzi lęk. Potem zaczyna się walka o władzę. Nowy Horyzont nie zaatakował bez powodu. Waverly odkrywa, że ukochana przez mieszkańców przywódczyni ma wobec niej oraz innych porwanych bardzo konkretne plany – plany, w których dziewczyna nie ma zamiaru wziąć udziału.

Czy Wam też zajeżdża to W otchłani? To chyba przez miejsce akcji. Ale w trakcie lektury bardziej przypominało mi się Jutro – pewnie z uwagi na inwazję. Aż naszła mnie chęć, żeby ponownie sobie tę serię powtórzyć! A przez Blask zarwałam nockę. Jakoś tak mnie wciągnęło. Dokładniej, wciągnęła mnie część opowiadająca o perypetiach Waverly na Nowym Horyzoncie. Tak, książka podzielona jest na części. W pierwszej są bohaterowie wspólnie, a potem się rozdzielają. Mamy po parę rozdziałów i o sytuacji na Empireum i o tym, co się dzieje na statku bliźniaczym. Dzięki temu mózg nie wybucha od natłoku informacji i uwaga nie jest mącona przez nagłą zmianę lokacji.

Kiernana jako postaci polubić nie mogłam i z trudem szło mi czytanie o nim. Jest taki nijaki i kompletnie nie rzucający się w oczy.  Posiada niezwykłą zdolność irytowania mnie. Ale jeśli chodzi o Waverly, jakiś fanfar także nie ma. Bohaterka jak wszystkie inne, o, może trochę bardziej zawzięta, ale nie utkwiła w mojej pamięci. Na myśl przyszło mi pewne skojarzenie z nią – przed oczyma widziałam Doktor Shaw z Prometeusza i pewną scenę z pewną maszyną i czymś, co wyglądało jak zszywki. Ci, którzy widzieli, powinni skojarzyć. Bohaterowie drugoplanowi i epizodyczni także nie powalili mnie na kolana, nawet wydawałoby się bardzo wyrafinowana i skomplikowana postać jaką jest Anne Mather. Nic, moje serce nadal było soplem.

Miałam nadzieję (jakąś tam…), że Blask podniesie trochę (minimalnie) poziom mojego głodu książkowego  po Genezie (która, tak na marginesie wcale taka zła nie była). I nic. Jak dla mnie to ten sam poziom. Niby dobrze się czyta, ale czasem odczuwa się wrażenie absurdu goniącego absurd – dzieciaki postawione w ciężkiej sytuacji nadal wydawały się zbyt grzeczne i spokojne. Przypomnijcie sobie GONE – tam była jatka! A tu cisza, spokój, ze trzy osoby są nieco niezadowolone, ale reszta z chęcią gna do wrogów – to chyba nie jest normalne. Dlatego książce stawiam 4. Czekam na kolejną część, bo nie mogę zaprzeczyć – jestem zainteresowana tym, co dalej będzie się działo. Statki kosmiczne i ich specyfika wydała się dla mnie interesująca. Tak samo to, jak na takowych utrzymywana była roślinność. I zwierzęta. Chyba mój umysł nie jest tak rozległy by to pojąć. Jakby ktokolwiek jeszcze wątpił – to nie jest pozycja dla antyfanów sci-fi. Jak ktoś nie lubi kosmosu, to lepiej będzie, jeśli sobie odpuści. 

Blask | Sparkle | Flame

poniedziałek, 18 lutego 2013

Jessica Khoury, Geneza


W tajnym laboratorium, ukrytym w amazońskiej dżungli, naukowcy stworzyli nieśmiertelnego człowieka. Pia jest pierwszą istotą doskonałą, która ma dać początek nowej rasie ludzi. W dniu swoich siedemnastych urodzin dziewczyna wyrywa się spod kontroli naukowców. Na wolności spotyka Eio, chłopaka z pobliskiej wioski. Wspólnie próbują odkryć prawdę o pochodzeniu Pii. Prawdę, która zmieni ich życie na zawsze.

Ośrodek badawczy na totalnym zadupiu. Banda wujków i cioć – naukowców. A pośrodku tego dziewczyna, Pia, która oburza się, jeśli ktoś nie nazwie jej doskonałym. Brzmi dziwnie, nieprawdaż? Pia jest nieśmiertelna. Marzy o zostaniu naukowcem i stworzeniu więcej ludzi podobnych do niej. Skóra jej nie daje się przebić. Niczym. Choć coś burzy tę utopię – dziewczyna, pomimo ingerencji nauki w jej pochodzenie, ma w sobie cząsteczkę człowieczeństwa. Cząsteczką tą jest ciekawość.

Kto z Was kiedyś nie był czegoś ciekawy? Może jakiegoś sekretu znajomego, może czegoś zakazanego. Ciekawość może być i potęgą i zmorą, zależy jak się ją wykorzysta. To ciekawość napędza nas do działania, poznawania, tworzenia. Pii ciekawość otworzyła drzwi na świat. Jej hermetyczny świat już nie był taki sam jak kiedyś. Po jednej stronie płotu mamy ją, świtę naukowców-geniuszów, którzy robią wszystko, by stworzyć więcej nieśmiertelnych; a po drugiej tubylców, ludzi z tradycjami, walczącymi o swoje plemię i rodzinę. Dwa światy ścierają się, a różnice stają się coraz bardziej widoczne w momencie gdy Pia poznaje Eio, chłopaka z pobliskiej wioski.

Jessica Khoury dobrze pisze. Podoba się mi jej sposób przedstawiania faktów i wydarzeń, choć, jak na początkującą pisarkę przystało, nie udaje jej się ominąć niespójności akcji i fabuły. W paru momentach zdarzało się, że czytelnik tracił wątek, a autorka gubiła się we własnej idei. I ja znudziłam się w paru momentach (oddałam się wtedy jakże zajmującemu zajęciu zwanemu przerzucaniem stron) ale trzeba przyznać, że książki choć trochę przypominające antyutopie czyta się dobrze, bo ich budowa zazwyczaj zanadto się nie różni. Przyjemne dla mnie było przeniesienie historii do puszczy amazońskiej, nadawało to niezbędnego klimatu, a i sprawiało, że potem myślałam, jakby to było przyjemnie przenieść się w tamte strony i zachwycać się pięknem lasu. I wodospadami, oj, jak ja lubię wodospady!

Intryga jest ciekawie uknuta – rozwiązanie niektórych spraw zaskoczyło mnie tak bardzo jak główną bohaterkę, która, tak na marginesie, czasem zachowywała się zbyt absurdalnie, nawet jak na istotę doskonałą nie znającą prawdziwego życia. Jessica Khoury się starała, bo wyszło jej naprawdę dobrze, choć w paru momentach przedobrzyła – widać to gołym okiem. Jednakże Geneza jest przyjemną lekturą, która wciąga i przyciąga. Bo nic tak dobrze nie poprawia humoru jak dość energiczne tempo prowadzenia akcji, które odciąga myśli od niedociągnięć. Stawiam mocną 4 z pewnym niedosytem wrażeń. Mam nadzieję, że ten niedosyt wypełni Blask, choć…

czwartek, 17 stycznia 2013

Sara Shepard, Pretty Little Liars X Bezlitosne


Nigdy mnie nie znajdziecie. A.
Wspomnienie o Tabicie wciąż prześladuje Emily, Arię, Spencer i Hannę. Tajemniczy nadawca SMS-ów w każdej chwili może zdradzić ich sekret. Dziewczyny jednoczą siły w walce z niewidzialnym wrogie, ale i tak wpadają w zastawiane przez niego pułapki. Czy tym razem prawda wyjdzie na jaw?

Przeczytałam w wakacje część pierwszą, drugą, trzecią, a, resztę przeczytam jak nadarzy się okazja. Spotkałam fankę serii Pretty Little Liars, która natchnęła mnie do oglądania serialu – pokochałam od początku i pomimo, iż często brak logiki goni brak logiki, to kolejne odcinki włączam z ogromną przyjemnością. Słyszałam wcześniej o rozbieżności serialu i książek, dostrzegłam to sama i ku mojemu zaskoczeniu mentalnie jestem związana bardziej z serialem niż z oryginałem! Świeżo po skończeniu drugiej serii PLL zabrałam się za część dziesiątą z nadzieją, że moje braki nie będą przeszkadzać w lekturze. I nie przeszkadzały! Sara Shepard pisze tak, że można sięgnąć po część pierwszą i ostatnią i będzie się kojarzyło poprzednie wydarzenia. Nie zaprzeczę, że przez moment miałam sieczkę w głowie z uwagi na te sześć części ominiętych, a także przez serial (gdzie jest Caleb? Dlaczego Ezra jest taki okropny? Co się stało ze Spencer?) i wniosek mój jest następujący – najpierw książka spaczyła moje spojrzenie na serial, a teraz serial spaczył moje spojrzenie na książkę. Nie polecam czegoś takiego.

Bezlitosne to kolejny wycinek z historii czterech dość pechowych nastolatek, którym nie dane jest prowadzić spokojnego życia. Choć częściowo jest to ich winą, gdyż same pakują się w niezwykłe kłopoty i kuszą los – i swoją paranoją i swoją ignorancją. Zauważyłam także dość często pojawiające się słowa nie oceniaj mnie w różnych odmianach. Nie jestem pewna, czy autorka ma jakąś manię, czy po prostu jest to kluczową częścią fabuły, gdyż przedstawia lęki bohaterek przed prawdą i tym, jak inni je widzą.

Nie jest tajemnicą to, że książki z tej serii czyta się niezwykle szybko – mogą pełnić funkcję rozrywkową, odstresowującą, umilającą ciężką sytuację, odciągającą uwagę od problemów. Od każdego z Was będzie zależeć to, jak chcecie poznawać Rosewood – stopniowo, po kolei, dwutorowo (serial + książki), pobieżnie (jedna część). Zdecydowanie polecam wariant: stopniowo, po kolei, bo jeśli połkniecie wszystkie dostępne tomy w ciągu krótkiego okresu czasu istnieje prawdopodobieństwo kaca książkowego bądź kompletnego znudzenia historią.

Miło było wrócić do papierowego Rosewood. Przewidywałam niezadowolenie z powodu odmienności wydań książkowych od serialu, lecz po pierwszym rozdziale umknęła mi ta myśl i mogłam z radością bawić się razem z A. – dla mnie tożsamość tej/tego psychopaty jest zagadką, choć gratuluję autorce świetnego pomysłu – mimo że idee mogą jej się powoli kończyć, to jednak nadal pisze tak samo lekko, więc czytelniczki będą chętnie sięgać po kolejne odsłony przygód czterech kłamczuch. Moim werdyktem jest 4 – dla niektórych może to być niska ocena, lecz nie mogę stawiać nic wyżej książce bez głębszej treści – jak to zwykle jest z historiami o amerykańskich nastolatkach. Idę oglądać serial. Mam potrzebę dowiedzenia się, co dalej będzie. A tym czasem zachęcam osoby, które lubią tajemnicze, momentami nieco druzgoczące historie z młodzieżą w roli głównej. Z młodzieżą i morderstwem. 

Kłamczuchy | Bez skazy | Doskonałe | Niewiarygodne | Zepsute | Zabójcze | Bez Serca | Pożądane | Uwikłane| Bezlistosne

Dziękuję wydawnictwu Otwarte :)

sobota, 17 listopada 2012

Ewa Nowak, Drzazga


W poukładanym świecie szkolnej prymuski Marty wszystko byłoby idealne, gdyby nie… drzazga- nielubiana, antypatyczna i złośliwa siostra Jagna. Jakie są powody zachowania Jagny i czy dziewczynom uda się znaleźć drogę do porozumienia? Seria miętowa to współczesna Polska : aktualne problemy, radości i tematy z życia tu i teraz.

Zawczasu miałam niemałą fazę na książki Ewy Nowak. Wtedy, w ciągu paru tygodni, przeczytałam wszystkie, jakie tylko były w bibliotece. Czyli wszystkie, które w zeszłym roku były już na półkach sklepowych. Potem dorwałam Dane Wrażliwe, nieco zasmucona, że są małe, minimalne powiązania z postaciami z książek poprzednich – czekałam na niejaką kontynuację ich losów… A teraz mam Drzazgę, nową powieść Ewy Nowak z miętowej serii, kolejną, która na wstępie ma słowa utworu Kaczmarskiego, kolejną, która porusza ważny problem.

Nie do wiary jest to, że rodzice mogą faworyzować jedno dziecko, a drugie odtrącać. Przynajmniej ja w to nie mogę uwierzyć. Bo jest to nieludzkie… A tym bardziej, ze dwójka dzieci cierpi. To faworyzowane ma wrażenie, że jego rodzeństwo jest okropne, nie chce go w domu, uważa, że niszczy mu życie, a to odtrącane uważa mniej więcej podobnie, tylko że w kierunku nie tylko rodzeństwa, a rodzica. Ale przynajmniej otworzyło mi to oczy na parę spraw, bo Ewa Nowak, jak zawsze, upchnęła w książce parę życiowych cytatów. Normalnie jej seria mogłaby służyć jako przewodnik dla młodzieży, tyle tam różnorodnych przypadków życiowych, że każdy znajdzie coś dla siebie.

Zawiera ona dynamiczne przemiany bohaterów, skutki różnych znajomości, wszystkie wydarzenia przedstawia w świetle psychologicznym. I dla mnie dobrze, bo uwielbiam sama psychologizować , szukać motywów, łączących się wątków. Ale… Technicznie.. Zabrakło mi czegoś! Ten język jest taki trochę za prosty, za mało złożony. Do tego problematyka niezła, ale to nie zmienia faktu, że postacie nowe są bardzo podobne do wcześniejszych. Śmiem twierdzić, że te nowsze książki z miętowej serii są gorsze, bo może i tematy się nie kończą, ale wszystko jest takie.. przewidywalne i schematyczne. I takie normalne. Już na za normalne, bo właśnie kiedyś Seria miętowa dodawała trochę szaleństwa i fantazji naszym umysłom, czyż nie? Bohaterowie nieco przejaskrawieni, być może to świadomy zabieg literacki, ale jednak zachowywali się sztucznie, nieco inaczej, niż jak zachowują się gimnazjaliści w dzisiejszych realiach. Akurat wreszcie mam porównanie, bo wcześniej było to dla mnie abstrakcją. Co więcej, ich wybory nie należą do mądrych, a wreszcie, główna bohaterka nie jest tą świętą, to ona właśnie uczy się wychodzić na prostą, to ona powoli dojrzewa do zrozumienia aktualnej sytuacji w jej rodzinie i w szkole.

Ja się zawiodłam. Fabularnie się zawiodłam. Ale tajemnicą Poliszynela jest to, że nie ważne, jak bardzo Ewa Nowak skopie fabułę czy warsztat, to i tak będzie dobrze się czytało. Jej twórczość naprawdę czegoś uczy. Może wydawać się nienaturalna, nudna, sztuczna, absurdalna, lecz każda lektura otworzy nam oczy. Może na szczegół, może na coś poważniejszego. I być może odmieni trochę nasze życie. Nieznacznie lub znacznie. Pomoże kształtować poglądy… Podejmować decyzje.. 3. Fani przeczytają. Ale Ci, którzy z Ewą Nowak nie mieli styczności, może niech lepiej zaczną od początku serii…

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...