Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romansidło. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romansidło. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 marca 2013

Jane Austen, Duma i uprzedzenie

Na początku dziewiętnastego stulecia każdy niezbyt zamożny ojciec córek – zwłaszcza kiedy miał ich na przykład pięć – nader często musiał zadawać sobie pytanie: kiedyż to w sąsiedztwie pojawi się jakiś odpowiedni kawaler? A kiedy już się pojawił, następowały perypetie, które Jane Austen z upodobaniem opisywała. Duma i uprzedzenie uznana została za arcydzieło w dorobku tej angielskiej pisarki, głównie dzięki zabawnym, zgoła dickensowskim opisom postaci głupich i niesympatycznych. Swoje znaczenie miały też melancholijna refleksja nad rolą pieniądza i pozycji społecznej, które decydowały o życiu młodej panny, oraz znakomity, powściągliwy styl, doskonale oddający harmonię opisywanego świata.
Grzeczniejsza wersja Heathcliff’a zwana panem Darcym jest przepełniona dumą. A Elizabeth, główna bohaterka, ma w sumie szczyptę uprzedzenia. O jak to się dobrze składa! Ona uprzedzona, on dumny, może jednak uda im się stworzyć jakiś tam związek, który będzie im dawał szczęście. Ale nie ma tak łatwo, przecież przez około trzysta stron, które mijają od ich pierwszego spotkania do zakończenia akcji, może się wiele zdarzyć. Można z nienawiści przejść w miłość, dać kosza paru dobrym partiom, zwiedzić trochę Anglii, poznać wpływowe osóbki, pokłócić się z matką, a także robić za podporę zranionej sercowo siostry. Tak, w ciągu tych trzystu stron może się dużo wydarzyć.

Miałam nadzieję, że jednak skończę czytać Annę Kareninę. Daremnie. Ku mojemu niezadowoleniu utknęłam gdzieś w połowie, a ukojenie memu sercu mogły przynieść tylko: a) ponowna lektura Wichrowych Wzgórz; b) lektura czegoś z dziewiętnastego wieku. Akurat miałam pod ręką Dumę i uprzedzenie, pomyślałam: czemu nie?, stoczyłam krótką potyczkę z nużącym uczuciem na samym początku, a potem oddawałam się wieczornej sesji czytania, byleby tylko dotrzeć do końca i dowiedzieć się, co tym razem pan Darcy zrobi.

Jane Austen postacią pierwszoplanową uczyniła dość młodą dziewczynę, na oko dwudziestoletnią, która inteligencją prześciga wiele panien na wydaniu. Ma sprawne oko do szczegółów i stara się nie wydawać opinii zbyt pochopnie (zazdroszczę jej tego!). Analizuje wydarzenia i przebija mgłę obłudy. Kompletnie różni się od młodych dziewczątek myślących o sprawach przyziemnych. I o tym, że tutaj, zaraz obok, stacjonuje pułk X i że może tam jest paru interesujących mężczyzn. Kurczę, tej postaci nie da się nie lubić!

Naprawdę czytało mi się świetnie! Momentami (pod koniec…) z napięciem przerzucałam kartki ryzykując zacięcie się papierem tylko po to, żeby zobaczyć, za ile pojawi się na horyzoncie pan Darcy. Moją pierwszą przygodę z twórczością Jane Austen mogę uznać za niezwykle udaną! Przybliżone mi zostały realia XIX w. i mogę stwierdzić, że czyta się o tym bardzo dobrze, ale zostaję w XXI wieku :). Język, jaki wtedy był w użyciu, jest wprost wspaniały! Sama chciałabym móc tak pięknie mówić, bez niektórych słów śmieciowych i zapożyczeń z języka angielskiego. Tyle archaizmów, które od teraz wprowadzę do własnego słownika! Drodzy czytelnicy mojego bloga, apeluję, czytajmy klasykę! Czytajmy dzieła docenione, które, choć stereotypowo uważane za nużące, wcale takie nie są. Zapewniają rozrywkę na długie godziny, pozwalają się odprężyć i nie możemy potem stwierdzić, że przebimbaliśmy tyle i tyle nad jakimś gniotem. Naprawdę, rozważcie moje słowa! Ocena, jak to w przypadku tak świetnych historii pełnych ironicznego spojrzenia na świat, jest równa szóstce. 

Pride and prejudice, 1813 r.



Na razie niestety muszę zaprzestać czytanie pozycji z listy 100 najlepszych książego wg. BBC, ponieważ listonosz przyniósł mi paczuszkę z nową częścią PLL (nie mogłam się powstrzymać, a miałam przecież zerwać z młodzieżówkami...)

wtorek, 5 marca 2013

Emily Bronte, Wichrowe Wzgórza


Klasyka i ja zazwyczaj byłyśmy wobec siebie obojętne. Kryptoromantyzm i ja już nie, byliśmy i nadal jesteśmy wielkimi przyjaciółmi. Dlatego dziewiętnastowiecznym romantycznym powieściom nigdy nie powiedziałam kategorycznie nie, po prostu postanowiłam poczekać jeszcze trochę, aż mnie natchnie i zacznę je czytać. Nadeszło to szybciej, niż ktokolwiek zdołałby wymienić umierające osoby w Wichrowych Wzgórzach. Taki mały spoiler nie spoiler, przepraszam.

Mamy Catherine senior, Catherine junior, Heathcliffa, Lockwooda, Edgara i Isabellę Linton, Ellen Dean, Hindleya, każde z nich jest bardziej nawiedzone od drugiego, choć w tej materii mistrzem jest jednak Heathcliff. Nie bez powodu twierdzi się, że jedyna książka Emily Bronte jest jedną z mroczniejszych powieści w historii literatury. Heathcliff może być uznany za diabła wcielonego, potwora, psychopatę, a jego zachowanie często wzbudza odrazę u czytelników. Mnie jednak nie zraził do siebie, ponieważ na jakiś pokrętny sposób zrozumiałam wykrzywioną psychikę tego człowieka, kochającego do szaleństwa Catherine, zwaną przez niego Cathy.

UWAGAUWAGASPOILERYMOŻLIWE!

Cały myk w Wichrowych Wzgórzach polega na tym, że Cathy umiera na stronie 200 (przynajmniej tego wydania, z którego korzystałam, przyjmijmy, że w przybliżeniu w połowie objętości). I to niszczy śliczny obraz trudnego związku pomiędzy nią a Panem Demonem Heathcliffem. Ale żeby było zabawniej, zostawia po sobie córkę. Którą miała ze swoim mężem. Który nie był wyżej wspomnianym Panem Demonem (i nie dlatego, że był Panem Demonem, było parę innych powodów, czyli np. głupota i kompletne niezdecydowanie dwojga kochanków, jakby nie mogli się zebrać, żeby się zejść!). Warto dodać, że Cathy zmarła z miłości. Z miłości do Heathcliffa, takiej prawdziwej, szalonej, potężnej, zgubnej. Bo męża też kochała, ale…

UWAGAUWAGAKONIECSPOILERÓWMOŻLIWYCH!

…żeby zrozumieć istotę tej miłości trzeba książkę przeczytać. I trochę nad nią posiedzieć. Jest taki moment, w którym zła interpretacja zdania może zmienić kompletny sens sensu całej historii. A to byłoby nieco problematyczne. Co więcej, żeby nie było, że nie ostrzegałam, osobniczki płci żeńskiej mogą się powzruszać, nawet bardzo, tak do łez. Mogą wyzywać na dobrą sprawę 99% bohaterów, wierzcie mi, miałam ochotę to w pewnym momencie zrobić. I jeżeli ktoś chce się metaforycznie poślinić nad tą arcywspaniałą miłością łączącą dwójkę głównych bohaterów powinien sobie po prostu odpuścić i pójść po jakiś spokojny i płytki romans paranormalny. Ślinienie się, bądź chociażby wzdychanie jest wielce niewskazane. Wskazane jest natomiast posiadanie kaca książkowego i wałęsanie się po domu racząc domowników krzykami na temat niestabilności mieszkańców Wichrowych Wzgórz i podłości autorki, przez którą nie można spać, bo myśli się o Heathcliffie.

Proponuję także uzbroić się w cierpliwość, bo nie od razu zostajemy wepchnięci w środek wydarzeń. Emily Bronte bawi się retrospekcją na poważnie – najpierw poznajemy Lockwooda, potem ktoś opowiada nam historię Wichrowych Wzgórz, potem znowu pojawia się Lockwood, a następnie ponownie ten sam ktoś opowiada nam chronologicznie, co się działo od wyjazdu Lockwooda do momentu jego powrotu. Troszkę to pogmatwane, nieprawdaż? Sieczka z niewprawnego umysłu gwarantowana.

A ja zostaję miłośniczką klasyki. A żeby być precyzyjną – miłośniczką klasyki powieści romantycznych. Będę propagować lekturę książek tego typu (najlepiej z XIX wieku, je czyta się wspaniale!) i wzdychać do bohaterów literackich, a co! Wichrowe Wzgórza to niewątpliwie gratka dla masochistów własnych serc – ból tego organu (u kobiet w większości przypadków) jest nieodłączną częścią procesu czytelniczego. Szykujcie się na nieprzespaną noc bądź noce! I na późniejsze katowanie innych tą historią! Bo inaczej się nie da, to tak oddziałuje na umysł, że wyzbycie się plejady pokręconych postaci z mózgu jest w gruncie rzeczy niemożliwe. Moja ocena chyba nie jest tajemnicą, czyż nie? O, właśnie, najlepiej nie brać się za tą powieść kiedy ma się coś do zrobienia – nie będzie Wam to dane. Ja np. próbowałam się uczyć i czytać na zmianę. Nie wyszło…


LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...